Cześć, ogólnie mam pewien problem. Otóż...
W
Wojteeeek84 pkt
706 wyświetleń
chodzi o to, że miałem dziewczynę przez no prawie 2 lata, ale wszystko się zepsuło można powiedzieć, że ze wspólnej winy, chociaż szczerze mówiąc nie czuję się winny. No i nie jesteśmy już prawie od dwóch miesięcy, generalnie to sporo czasu jak dla mnie, ponieważ było kilka incydentów, gdzie zrywaliśmy ze sobą, ale wytrzymaliśmy jedynie tydzień bez siebie i był wielki powrót, wszystko "naprawiane" od nowa, ona się zmieniała, szkoda tylko że na chwilę. Generalnie można rzec, że był to toksyczny związek, ponieważ wszystko polegało na tym, że była wielka manipulacja mną, niezależnie od sytuacji, zawsze robiła mi wyrzuty o wszystko, a ja głupi się jedynie podporządkowywałem jej, bo po prostu nie chciałem się kłócić, chciałem żeby było wszystko dobrze. Można powiedzieć, że dawałem jej wszystko o czym teraz każda nastolatka może marzyć, bo zawszę traktowałem ją jak księżniczkę, kochałem tak mocno, jak sobie nawet nie wyobrażałem, zresztą nadal kocham, ale mniejsza o to. Kolegów totalnie olałem dla niej, w ogóle się z nikim nie spotykałem, cały czas biegałem do niej, zawsze jak miałem więcej kasy to obdarowywałem ją prezentami, nawet bez żadnej okazji, tak po prostu potrafiłem przyjść do jej domu z większym od siebie misiem, czy tam jakąś biżuterią, ale nie zagłębiajmy się już w szczegóły. A wiecie co otrzymywałem w zamian? Ciągłe sprzeczki, wytykanie mi każdego błędu na każdym kroku, nie mogłem mówić tego co czuję, bo bałem się jej reakcji, mówię trochę jak no jakaś cipka, ale tak było, bo ją kochałem i po prostu bałem się ją stracić, aż do ostatniego momentu, gdy powiedziałem sobie na prawdę dość i po prostu zacząłem wyrażać również swoje zdanie, i właśnie przez to zerwaliśmy, znaczy ona zerwała ze mną, przez szczerość, znaczy że powiedziałem jej co mam serio na myśli i to się jej bardzo nie spodobało. I był koniec, ja postanowiłem nie walczyć o nią, o nasz związek, za to wam powiem, że ona próbowała! Hahaha, jednak szybko sobie odpuściła, bo jednak stwierdziła, że ma to gdzieś, że mam sobie poszukać lepszej, jak ona mi nie odpowiada. Ogólnie bardzo cierpiałem, były takie noce gdy serio płakałem o niczym innym nie marzyłem, tylko o tym, żeby się w nią wtulić i zapomnieć o każdej złej chwili, ale mimo wszystko rozum mówił mi co innego. A jeszcze lepsze było to, że 1,5 tygodnia po naszym rozstaniu zaczęła sobie wychodzić na spacerki z jakimiś "kolegami", z którymi kręciła po prostu. To mnie doje*ało po prostu, każda chwila gdy się dowiadywałem o czymś takim była dla mnie koszmarem, wiele razy miałem ochotę pójść i po prostu nakopać takiemu frajerowi, ale stwierdziłem że to nie jest ich wina, tylko jej. No, ale wracając do sedna sprawy, mimo że minęły już dwa miesiące, mnie to dalej trzyma, bardzo mocno, spać po nocach nie mogę, cały czas ona mi się śni, te szczęśliwe chwile i jest mi serio źle, chodzę jak taka śmierć no, jestem taki bez życia. I tu moje pytanie, jak sobie z tym poradzić? Jak wrócić do normalnego trybu życia? Dodam jeszcze, że przez to że nie miałem praktycznie z nikim kontaktu takiego oprócz niej, to teraz mam serio problemy, żeby dogadywać się z innymi i ciężko mi nawiązać jakąkolwiek relacje. I tu jest mój problem kurcze no, że nie wiem kompletnie jak sobie z tym poradzić. Tak od razu mówię, że z góry dziękuję jeżeli ktoś w ogóle dotrwał do końca tego, generalnie jakoś mi teraz trochę lżej jak to tak wyrzuciłem z siebie, chociaż tutaj, bo po prostu nawet nie miałbym komu tego powiedzieć. Pomóżcie :(