Czy zechcesz wyrazić swoją opinię na temat...
M
Motorola1.7k pkt
2k wyświetlenia
mojej marnej twórczości? ;)
Jeszcze jeden cios… i skała rozbiła się na drobne kawałki. Laid uśmiechnął się. Jego zimna. kamienna twarz nie był nawet zroszona potem.
- I jak? – zapytał przyjaciela.
- Cóż, lepiej niż ostatnio – odparł beznamiętnie Kaji - Rozwaliłeś to w jakieś 10 sekund.
„Nie najgorzej” pomyślał Laid. Był w dobrym humorze. Już dawno nie czuł takiej satysfakcji.
- Może mały trening? – zaproponował z błyskiem w oku.
- O nie, Masz na myśli… - Kaji wyglądał na zdruzgotanego. Nie był wcale złym wojownikiem. Ale Laid przewyższał go we wszystkim! No, może poza inteligencją… w końcu pochodził z rodu pośredniego Sailo (przez Laida ironicznie nazywanego „Rodem Mózgowców”).
Laid stał z szerokim uśmiechem na twarzy.
- No, co jest? Czyżbyś się bał, Kaji? – spytał wyzywająco.
- Ja?! – obruszył się chłopak – oczywiście, że nie! Mogę walczyć tu i teraz, w każdej chwili.
- Tak? To łap! – Laid rzucił miecz przyjacielowi.
Ich pojedynek nie trwał długo. A wynik był oczywisty. Laid ze śmiechem pomógł wstać Kaiemu, który upadł na ziemię.
- Skoro już podreperowałem twoje ego, to może pójdziesz i załatwisz nam śniadanie? – odezwał się Kaji ponuro.
- W porządku. A czego sobie życzysz? Przepiórcze jaja? A może przepiórki?
Kaji spojrzał zdziwiony na przyjaciela?
- Opcja: jesteś chory, czy opcja: mamy jakieś święto?
Kąciki ust Laida uniosły się nieco do góry. Jego piękna twarz nabrała okrutnego wyrazu.
- Obie opcje są poprawne – powiedział cicho – jestem chory. Jestem wariatem, wiesz o tym dobrze, Kaji - milczał chwilę z przymkniętymi oczyma rozkoszując się sobie tylko znanymi myślami – Wiesz co jest jutro, przyjacielu?
Kaji wiedział. Wiedział doskonale.
- Jutro jest ten dzień. Jutro o tej porze rozpocznie się rewolucja, a przed zmierzchem… dziedzic stanie na szczycie rodu głównego.
Kaji nie chciał tego słuchać i nie chciał patrzeć w błędne oczy Laida.
- Śniadanie – mruknął niepewnie.
- Co? – Laid wyrwał się ze swych wizji – ach tak. Powinniśmy coś zjeść. Dawno nie jedliśmy, prawda? A pamiętasz, jak się tu znaleźliśmy, Kaji? – spytał nagle - Nie umiałem jeszcze polować. Nigdy wcześniej nie musiałem tego robić. Tylko ty byłeś ze mną. I ty również nie potrafiłeś zdobywać pożywienia. Ludzie kamienia nie muszą wiele jeść. Ale po dwóch tygodniach głodowania nawet my byliśmy wycieńczeni. W dodatku jako dzieci, przyzwyczajone mieć wszystko na życzenie… Pamiętam męczącą wędrówkę, którą odbyliśmy ze skał aż tutaj, do lasu. Musiałem nieść cię, Kaji przez dobre kilka mil. Ale las, na szczęście okazał się ratunkiem. Piliśmy wodę ze strumienia, jedliśmy korzenie, owoce. Musieliśmy nauczyć się, które są jadalne, a które trujące. Zrobiłem mój pierwszy łuk i strzały do niego. Był niezły, naprawdę niezły. Strzały miały kamienne groty… I pomyśleć, że przeżyliśmy to wszystko tylko przez kogoś, o kim myślałem, że darzy mnie jakimś uczuciem. Ale dla niego byłem bezwartościowy, przeklęty. Niedoskonała kopia tego, za którego śmierć zawsze mnie winił, mojego brata…
- Przestań! Już wystarczy! – krzyknął Kaji.
Laid jakby go nie usłyszał.
- Tak – skinął głową – wszystko to musieliśmy przeżyć przez kogoś, kto był dla mnie przez długi czas największym, jedynym autorytetem. Przez kogoś, kto myśli, że od dawna nie żyję. Przez mojego ojca! – chłopak czuł jak narasta w nim wściekłość – Pewnie ma teraz innego potomka. Innego, wziętego na moje miejsce, który ma wypełnić moją misję! Nie pozwolę na to! Choćbym miał zabić i dziesięciu moich… - tu zawahał się przez moment – moich braci, uczynię to! Przysięgam!
- Dość! – wrzasnął Kaji z rozpaczą w głosie.
Laid uspokoił się. Teraz był niewzruszony, piękny i opanowany jak zwykle. Wszelka pasja zniknęła z jego twarzy.
- Wybacz mi, Kaji. Poddałem się przeszłości, a nie powinienem tego robić. Przeszłość to słabość. Moja jedyna słabość. Tyle ci zawdzięczam, przyjacielu. Tylko ty pozostałeś ze mną.
Oddalił się. Kaji odetchnął z ulgą.
Przez resztę dnia Laid ani słowem nie wspomniał o jutrzejszych wydarzeniach. Był uśmiechnięty, uprzejmy i zabawny jak zawsze. Nie mniej kładąc się spać, Kaji był pełen najgorszych obaw.
Chłopiec otworzył zaspane oczy. Było zimno, ale poranne słońce wpadało już do groty Laida i Kaiego. Ten poranek nadszedł za szybko, stanowczo za szybko. Posłanie Laida było oczywiście puste. Kaji wyszedł przed grotę, gdzie znalazł swojego przyjaciela. Stał ubrany i uzbrojony. Tunika była dla niego trochę za duża, a miecz zbyt ciężki – większość ubrań i broni, a nawet konie pochodziły od przechodzących leśnym szlakiem zbójców, których chłopcy napadali i obrabowywali.
Laid odwrócił się powoli.
- Piękny dzień, prawda? – zagadnął z uśmiechem na twarzy.
Kaji nie podzielał jego zdania. Nagle Laid znalazł się bardzo blisko niego.
- Jesteś ze mną, prawda, Kaji? – wyszeptał mu wprost do ucha.
Nie był wcale pewien. Ale odparł uśmiechając się blado:
- Jak zawsze.
Laid skinął poważnie głową.
- Ubierz się. Wezmę zapas wody i przygotuję konie. Wyruszamy natychmiast. Czeka nas długa droga. A przecież nie chcemy kazać nikomu czekać, prawda? Zwłaszcza mojemu ojcu.
Jest to początek mojej, hmm, powiedzmy, że książki. Czy jest dobry? Jakich mogłabym dokonać ewentualnych poprawek?
Jeszcze jeden cios… i skała rozbiła się na drobne kawałki. Laid uśmiechnął się. Jego zimna. kamienna twarz nie był nawet zroszona potem.
- I jak? – zapytał przyjaciela.
- Cóż, lepiej niż ostatnio – odparł beznamiętnie Kaji - Rozwaliłeś to w jakieś 10 sekund.
„Nie najgorzej” pomyślał Laid. Był w dobrym humorze. Już dawno nie czuł takiej satysfakcji.
- Może mały trening? – zaproponował z błyskiem w oku.
- O nie, Masz na myśli… - Kaji wyglądał na zdruzgotanego. Nie był wcale złym wojownikiem. Ale Laid przewyższał go we wszystkim! No, może poza inteligencją… w końcu pochodził z rodu pośredniego Sailo (przez Laida ironicznie nazywanego „Rodem Mózgowców”).
Laid stał z szerokim uśmiechem na twarzy.
- No, co jest? Czyżbyś się bał, Kaji? – spytał wyzywająco.
- Ja?! – obruszył się chłopak – oczywiście, że nie! Mogę walczyć tu i teraz, w każdej chwili.
- Tak? To łap! – Laid rzucił miecz przyjacielowi.
Ich pojedynek nie trwał długo. A wynik był oczywisty. Laid ze śmiechem pomógł wstać Kaiemu, który upadł na ziemię.
- Skoro już podreperowałem twoje ego, to może pójdziesz i załatwisz nam śniadanie? – odezwał się Kaji ponuro.
- W porządku. A czego sobie życzysz? Przepiórcze jaja? A może przepiórki?
Kaji spojrzał zdziwiony na przyjaciela?
- Opcja: jesteś chory, czy opcja: mamy jakieś święto?
Kąciki ust Laida uniosły się nieco do góry. Jego piękna twarz nabrała okrutnego wyrazu.
- Obie opcje są poprawne – powiedział cicho – jestem chory. Jestem wariatem, wiesz o tym dobrze, Kaji - milczał chwilę z przymkniętymi oczyma rozkoszując się sobie tylko znanymi myślami – Wiesz co jest jutro, przyjacielu?
Kaji wiedział. Wiedział doskonale.
- Jutro jest ten dzień. Jutro o tej porze rozpocznie się rewolucja, a przed zmierzchem… dziedzic stanie na szczycie rodu głównego.
Kaji nie chciał tego słuchać i nie chciał patrzeć w błędne oczy Laida.
- Śniadanie – mruknął niepewnie.
- Co? – Laid wyrwał się ze swych wizji – ach tak. Powinniśmy coś zjeść. Dawno nie jedliśmy, prawda? A pamiętasz, jak się tu znaleźliśmy, Kaji? – spytał nagle - Nie umiałem jeszcze polować. Nigdy wcześniej nie musiałem tego robić. Tylko ty byłeś ze mną. I ty również nie potrafiłeś zdobywać pożywienia. Ludzie kamienia nie muszą wiele jeść. Ale po dwóch tygodniach głodowania nawet my byliśmy wycieńczeni. W dodatku jako dzieci, przyzwyczajone mieć wszystko na życzenie… Pamiętam męczącą wędrówkę, którą odbyliśmy ze skał aż tutaj, do lasu. Musiałem nieść cię, Kaji przez dobre kilka mil. Ale las, na szczęście okazał się ratunkiem. Piliśmy wodę ze strumienia, jedliśmy korzenie, owoce. Musieliśmy nauczyć się, które są jadalne, a które trujące. Zrobiłem mój pierwszy łuk i strzały do niego. Był niezły, naprawdę niezły. Strzały miały kamienne groty… I pomyśleć, że przeżyliśmy to wszystko tylko przez kogoś, o kim myślałem, że darzy mnie jakimś uczuciem. Ale dla niego byłem bezwartościowy, przeklęty. Niedoskonała kopia tego, za którego śmierć zawsze mnie winił, mojego brata…
- Przestań! Już wystarczy! – krzyknął Kaji.
Laid jakby go nie usłyszał.
- Tak – skinął głową – wszystko to musieliśmy przeżyć przez kogoś, kto był dla mnie przez długi czas największym, jedynym autorytetem. Przez kogoś, kto myśli, że od dawna nie żyję. Przez mojego ojca! – chłopak czuł jak narasta w nim wściekłość – Pewnie ma teraz innego potomka. Innego, wziętego na moje miejsce, który ma wypełnić moją misję! Nie pozwolę na to! Choćbym miał zabić i dziesięciu moich… - tu zawahał się przez moment – moich braci, uczynię to! Przysięgam!
- Dość! – wrzasnął Kaji z rozpaczą w głosie.
Laid uspokoił się. Teraz był niewzruszony, piękny i opanowany jak zwykle. Wszelka pasja zniknęła z jego twarzy.
- Wybacz mi, Kaji. Poddałem się przeszłości, a nie powinienem tego robić. Przeszłość to słabość. Moja jedyna słabość. Tyle ci zawdzięczam, przyjacielu. Tylko ty pozostałeś ze mną.
Oddalił się. Kaji odetchnął z ulgą.
Przez resztę dnia Laid ani słowem nie wspomniał o jutrzejszych wydarzeniach. Był uśmiechnięty, uprzejmy i zabawny jak zawsze. Nie mniej kładąc się spać, Kaji był pełen najgorszych obaw.
Chłopiec otworzył zaspane oczy. Było zimno, ale poranne słońce wpadało już do groty Laida i Kaiego. Ten poranek nadszedł za szybko, stanowczo za szybko. Posłanie Laida było oczywiście puste. Kaji wyszedł przed grotę, gdzie znalazł swojego przyjaciela. Stał ubrany i uzbrojony. Tunika była dla niego trochę za duża, a miecz zbyt ciężki – większość ubrań i broni, a nawet konie pochodziły od przechodzących leśnym szlakiem zbójców, których chłopcy napadali i obrabowywali.
Laid odwrócił się powoli.
- Piękny dzień, prawda? – zagadnął z uśmiechem na twarzy.
Kaji nie podzielał jego zdania. Nagle Laid znalazł się bardzo blisko niego.
- Jesteś ze mną, prawda, Kaji? – wyszeptał mu wprost do ucha.
Nie był wcale pewien. Ale odparł uśmiechając się blado:
- Jak zawsze.
Laid skinął poważnie głową.
- Ubierz się. Wezmę zapas wody i przygotuję konie. Wyruszamy natychmiast. Czeka nas długa droga. A przecież nie chcemy kazać nikomu czekać, prawda? Zwłaszcza mojemu ojcu.
Jest to początek mojej, hmm, powiedzmy, że książki. Czy jest dobry? Jakich mogłabym dokonać ewentualnych poprawek?