Hej, przychodzę do Was z w sumie dość...
X
xfgbzv106 pkt
479 wyświetleń
wyniszczającym mnie problemem. Przez ostatnie 3 lata życia miałam masę problemów. Od eksperymentowania z narkotykami, po depresje, którą mam do teraz (stwierdzoną). Problemy, że tak powiem w postaci "fizycznej" są za mną, jednak jak możecie się domyślać-nadal mam ze soba bagaż problemów psychicznych. W międzyczasie od jednego z toksycznych związków, byłam w dwóch innych w przeciągu 2,5 roku.Oba na odległość, oba toksyczne w sumie.
Odnoszę wrażenie, że nie potrafię być już w związku. I mean, wokół mnie kręci się na ten moment mnóstwo facetów, którzy mieszkają w moim mieście, szanują mnie (poprzedni traktowali mnie jak śmiecia), są wręcz bliscy ideału, ale nawet jak już czuję, że sie zakochałam to miesiąc później jak już w sumie zapowiada się na rozpoczęcie związku, uczucia we mnie gasną. Nie wiem czy to kwestia lęku, obaw. Czy po prostu nie potrafię się już zakochać w kimś, kto nie jest toksyczny. Przykładem jest chociażby to, że mam kolegę z którym jestem w bardzo "lekkiej" relacji friends with benefits, która sprowadza się po prostu do przytulania i całowania. Spotykamy się bardzo rzadko, mało piszemy. Jest dość arogancki, jednak nauczyłam się mu oddawać trochę arogancji od siebie. Co nie zmienia faktu, że ciągnie mnie do niego bardziej niż do chłopaka, który stara się o mnie, jak normalny i uczciwy facet powinien. Rozumiecie tą zależność? traktowanie mnie jak śmiecia=toksyczne uczucie. Traktowanie mnie jak księżniczkę, albo po prostu jak swoją miłość życia=ehh nie mogę tak.
Nie wiem jak sobie z tym poradzić, bo na mojej drodze spotykam wielu facetów, próbuję coś z nimi... a i tak kończy się no sami wiecie jak.. Dopiero pewnie jakbym spotkała chama, to bym się "zakochała". Czy to kwestia przyzwyczajenia z przeszłosci? A może dno jest inne? Proszę o jakiekolwiek rady.
Odnoszę wrażenie, że nie potrafię być już w związku. I mean, wokół mnie kręci się na ten moment mnóstwo facetów, którzy mieszkają w moim mieście, szanują mnie (poprzedni traktowali mnie jak śmiecia), są wręcz bliscy ideału, ale nawet jak już czuję, że sie zakochałam to miesiąc później jak już w sumie zapowiada się na rozpoczęcie związku, uczucia we mnie gasną. Nie wiem czy to kwestia lęku, obaw. Czy po prostu nie potrafię się już zakochać w kimś, kto nie jest toksyczny. Przykładem jest chociażby to, że mam kolegę z którym jestem w bardzo "lekkiej" relacji friends with benefits, która sprowadza się po prostu do przytulania i całowania. Spotykamy się bardzo rzadko, mało piszemy. Jest dość arogancki, jednak nauczyłam się mu oddawać trochę arogancji od siebie. Co nie zmienia faktu, że ciągnie mnie do niego bardziej niż do chłopaka, który stara się o mnie, jak normalny i uczciwy facet powinien. Rozumiecie tą zależność? traktowanie mnie jak śmiecia=toksyczne uczucie. Traktowanie mnie jak księżniczkę, albo po prostu jak swoją miłość życia=ehh nie mogę tak.
Nie wiem jak sobie z tym poradzić, bo na mojej drodze spotykam wielu facetów, próbuję coś z nimi... a i tak kończy się no sami wiecie jak.. Dopiero pewnie jakbym spotkała chama, to bym się "zakochała". Czy to kwestia przyzwyczajenia z przeszłosci? A może dno jest inne? Proszę o jakiekolwiek rady.