Nie wiem czy ta historia może kogoś zainteresować.. ale do "odważnych świat należy.."
Więc tak, z chłopakami oraz oczywiście za zgodą rodziców... a raczej dziadków bo rodzice wyjechali na wakację, ruszyliśmy w "plener"... nie na jednodniową czy dwugodzinną wycieczkę. Wzieliśmy swoje torby, które nie używaliśmy od czasu, gdy ostatni raz szliśmy do szkoły.. no dobrze, spakowaliśmy się, oraz "trochę przerobiliśmy" nasze rowery, by można było w nie zabrać trochę więcej... Na nasz wypad musieliśmy wziąć oczywiście namiot, pieniądze i oczywiście obowiązkowo aparat. Pewnie dziwicie się, "ale ja tam wole morze" może i tak, ale ja kocham jechać przed siebie.. nie patrząc w przeszłość... Ale to nie jest ważne.
Więc tak, mieliśmy spakowane plecaki, śpiwory, i naładowane rowery. Szczerze jechało nam się trochę "blado" bo jednak kilka kilogramów na plecach i na bagażniku nie pomagały. Rekompensowała nam to dobra i ładna pogoda. Jako, że miałem GPS w komórce, wybraliśmy plan trasy. Dziennie mieliśmy pokonać jakoś 50 km - panowie jednak nie byli tym zachwyceni, ale jak mus to mus.. ruszyliśmy w trasę. Jechaliśmy jechaliśmy.. i jak to w te wakacje było, pogoda była zmienna... Po pięknym słonku, na horyzoncie spotkaliśmy piękne.. czarne chmurki.. wjechaliśmy do jakiegoś miasteczka, zaczęło padać, a my... poszliśmy do sklepu. Tak, tego w planie akurat nie było, ale strasznie padało i nie było lepszego schronienia niż supermarket TESCO... Gdy kupiliśmy jakieś tam "słodycze" i coś do picia, przestało padać, ale było zimniej, a jak ktoś tak ładnie powiedział "Pogoda wpływa na stan ducha człowieka"... to też mieliśmy tego wszystkiego dość! Ale 25 kilometrów było za nami.. wolność, swoboda... natura! Choć ja sam, jakoś tej całej natury nie lubię i pająków czy myszy boje się jak nie jedna "baba" to wyjazd z przyjaciółmi trochę podniósł mnie na duchu... Pokonaliśmy kolejne kilkanaście kilometrów i było już około godziny 19... Dlatego, też jako, że nie umieliśmy rozbijać namiotu po ciemku, zdecydowaliśmy, że na dzisiaj koniec. Oczywiście, na początku upewniliśmy się czy łąka, czasem nie sąsiaduje z jakimś dziwnym dzikim lasem.. z którego w nocy mogą wyjść przeróżne stworzenia.. od dzików po zombie. Oczywiście, najpierw zadzwoniliśmy do rodziców, a później do dziadków którzy już odchodzili od zmysłów. Gdy udało nam się rozbić namiot, trzeba było "sobie pościelić"... wszystko rozłożyliśmy, i nie poszliśmy jeszcze spać. Niebo było bezchmurne, piękne i pełne gwiazd... Szczerze nie widziałem czegoś piękniejszego.. Potem czas było udać się na spoczynek, i tak też zrobiliśmy... :)
Drugiego dnia, obudzilismy się około 7... było trochę zimno, i doskwierał nam "brak wody"... skorzystaliśmy, z naszej "kropli beskidu"... spakowaliśmy się i ruszyliśmy na zakupy. Byliśmy strasznie głodni, a jako, że na śniadanie nie je się słodyczy z "monopolowego" to ruszyliśmy do "małej knajpki"? Szczerze nie wiem co to było, ale jedzenie mieli dobre, no i tanie! Pozniej ruszylismy dalej, po sprawdzeniu czy wszystko mamy, wlaczylismy GPS-a i pojechaliśmy... Droga można powiedzieć niczym "z Niemiec" nowa, asfaltowa, miała nawet narysowane "pasy" ale mały ruch trochę nas zdziwił, choć było to tylko zaletą. W około pełno lasów i łączek... po pokonaniu kilkunastu kilometrów chyba nawet 42... dojechaliśmy do miejscowości o nazwie Szczytniki :) Co ciekawe, już na "starcie" czekała na nas niespodzianka.. Naszym oczom ukazały się dwie bardzo ładne 16 latki.. jako, że byliśmy zmęczeni.. podjechaliśmy i spytaliśmy czy można gdzies tutaj zjeść czy coś... One ładnie powiedziały, i spytały skąd jesteśmy... wytłumaczyliśmy, że przybywamy z daleka i to część naszej wyprawy.. A one nas zaprosiły na ognisko! No nie powiem, byliśmy zaskoczeni i trochę podekscytowani. Po ogarnięciu się dojechaliśmy na miejsce około 19.. troszke zmartwieni ze nie mamy gdzie przenocować, ale... gdy dojechaliśmy ukazała nam się 2 hektarowa działka Dagmary tzn, ich rodziców. Czekały na nas kiełbaski i "dziewczyny :) Julia i właśnie Dagmara. Obok działki jakaś łąka a za działką las... po prostu niby zwyczajny, ale jakiś taki "tajemniczy". Dagmara i Julia nas przywitały, i powiedziały, że jeśli nie mamy się gdzie podziać to możemy spać tutaj.. Zaskoczyły nas totalnie, bo za "szopką" która tam stałą był ich namiot... "wyprawa do tego spotkanie z fajnymi dziewczynami.. bajka" :D Ale cóż, ognisko się udało, trochę pogadaliśmy poznaliśmy się, i zobaczyliśmy coś na prawdę, czego nie widziałem nigdy. Las w świetlikach. Nie wiem czym, jak te świetliki tak świecą, ale były nie samowite.. Las cały w świetlikach.... po takim "spacerze" po ciemnym a raczej oświetlonym lesie udalismy sie do swoich namiotow.. trzeba bylo sie wyspac, chociaz, padało to szybko usnelismy :)
Trzeci dzien to dzien powrotu... dobre 80 km do domu! Nogi bolą, ale przy dziewczynach zawsze jest łatwiej : ) Bardzo ładnie podziękowaliśmy i ruszylismy o dobrej 7 rano do domu.. cóż, wrocilismy do domu okolo 23.. ale wyprawa totalnie się udała! Zwiedziliśmy kawałek polski, poznaliśmy fajne dziewczyny i do tego świetnie się bawiłem :)
Pozdrawiam :) I dzięki za przeczytanie :P