Jak zacząć cieszyć się życiem i zmotywować...
P
poprostuczłowiek21 pkt
762 wyświetlenia
się do działania?
Hej, jestem tu nowa, a dołączyłam tu w sumie dlatego, że na innych stronkach ciężko o dobrą i mądrą odpowiedź. Próbuję więc tym razem tutaj. W sumie nie wiem o czym się tu zazwyczaj pisze i jak się powinno, więc jeśli złamię jakieś niepisane zasady serwisu, to z góry przepraszam. A teraz do rzeczy...
Zawsze byłam osobą optymistyczną, bardzo aktywną towarzysko i społecznie. Wszędzie było mnie pełno. Przychodziło mi to zupełnie naturalnie i nie zastanawiałam się skąd czerpię tę energię. Teraz wszystko jest na odwrót. Myślę, że to przez klasę maturalną. Wcześniej żyłam beztrosko, codziennością. Nagle spadła na mnie odpowiedzialność osoby dorosłej. Myślałam, że to wszystko przyjdzie stopniowo. Nagle okazało się, że nie mam czasu dla znajomych, nie mam czasu na zabawę, na wolontariat. Moją rolą stała się tylko i wyłącznie nauka. A problem jest taki, że przez 11 lat nie nauczyłam się uczyć... Bez problemu miałam bardzo dobre albo dobre oceny. I nagle zaczęto mnie bombardować wizją niezdanej matury, braku pracy i życia w niegodziwych warunkach. Może wiecie jak to jest- nauczyciele w liceum przez dwa lata olewają wszystko, mają was za geniuszy, wy czujecie się panami życia i śmierci i nagle... każdy sobie uświadamia, że tak dużo zostało do zrobienia. Nagle okazuje się, że jest możliwość nie zdania matury. Do tego dołącza się cała rodzina- dziadkowie ślepo wierzą, że jesteście idealni, co wpędza w poczucie winy, bo przecież czujecie, że jest zupełnie odwrotnie. Wujkowie wciskają wam przepisy na przyszły sukces i biznes. Właśni rodzice wmawiają wam, że jesteście nieukami i nie dość, że nie robicie nic w domu, to jeszcze złe oceny zaczęliście przynosić...
Straciłam zupełnie energię. Nic mnie już nie cieszy, widzę wszystko w czarnych barwach. Jeszcze gorsze jest to, że jestem w klasie humanistycznej. Nie muszę tłumaczyć dlaczego. To zdaje się być oczywiste, a dla mnie to tak wielki absurd- z jednej strony nasze czasy to czasy, w których każdy może być sobą, stawia się na indywidualizm, twórczość, pasję. Ale jest mały haczyk- musisz mieć umysł ścisły. Jak nie, to "dobrych" studiów nie znajdziesz, na dobrze płatną pracę nie licz. I jak tu taki humanista ma się czuć? Po co mi ta pasja? Po co mi kreatywność? No mogłabym tak opowiadać jeszcze godzinami. Ale już powiem do czego zmierzam:
Nie widzę w ogóle już sensu nauki. Uwierzyłam, że nie jestem nic warta i nic nie osiągnę. Spotkania z przyjaciółmi mnie już nie cieszą. Siedzę całe dnie w pokoju, głównie przed komputerem, czasem coś poczytam. A uczyć się zupełnie nie mam siły. Jak włączę telewizję, to łapie mnie jeszcze większa deprecha- myślę sobie "co z tym światem". Zaczęłam opuszczać lekcje, bo nie mam siły odrabiać prac domowych i łudzę się, że w tym czasie więcej zrobię w domu. Nienawidzę siebie za to. Czas leci coraz szybciej a ja oglądam filmy i płaczę wieczorami. Totalna masakra. Ale została mi jeszcze malutka nadzieja, że mogę znów być optymistką, że znów znajdę siłę na życie. Tylko nie wiem jak.
No i stąd moje pytanie. Jak tą energię znaleźć? Uwierzyć w siebie, w sens istnienia, znaleźć cel i zebrać motywację potrzebną do działania? Nie taką 5-minutową, tylko stałą, prawdziwą...
Hej, jestem tu nowa, a dołączyłam tu w sumie dlatego, że na innych stronkach ciężko o dobrą i mądrą odpowiedź. Próbuję więc tym razem tutaj. W sumie nie wiem o czym się tu zazwyczaj pisze i jak się powinno, więc jeśli złamię jakieś niepisane zasady serwisu, to z góry przepraszam. A teraz do rzeczy...
Zawsze byłam osobą optymistyczną, bardzo aktywną towarzysko i społecznie. Wszędzie było mnie pełno. Przychodziło mi to zupełnie naturalnie i nie zastanawiałam się skąd czerpię tę energię. Teraz wszystko jest na odwrót. Myślę, że to przez klasę maturalną. Wcześniej żyłam beztrosko, codziennością. Nagle spadła na mnie odpowiedzialność osoby dorosłej. Myślałam, że to wszystko przyjdzie stopniowo. Nagle okazało się, że nie mam czasu dla znajomych, nie mam czasu na zabawę, na wolontariat. Moją rolą stała się tylko i wyłącznie nauka. A problem jest taki, że przez 11 lat nie nauczyłam się uczyć... Bez problemu miałam bardzo dobre albo dobre oceny. I nagle zaczęto mnie bombardować wizją niezdanej matury, braku pracy i życia w niegodziwych warunkach. Może wiecie jak to jest- nauczyciele w liceum przez dwa lata olewają wszystko, mają was za geniuszy, wy czujecie się panami życia i śmierci i nagle... każdy sobie uświadamia, że tak dużo zostało do zrobienia. Nagle okazuje się, że jest możliwość nie zdania matury. Do tego dołącza się cała rodzina- dziadkowie ślepo wierzą, że jesteście idealni, co wpędza w poczucie winy, bo przecież czujecie, że jest zupełnie odwrotnie. Wujkowie wciskają wam przepisy na przyszły sukces i biznes. Właśni rodzice wmawiają wam, że jesteście nieukami i nie dość, że nie robicie nic w domu, to jeszcze złe oceny zaczęliście przynosić...
Straciłam zupełnie energię. Nic mnie już nie cieszy, widzę wszystko w czarnych barwach. Jeszcze gorsze jest to, że jestem w klasie humanistycznej. Nie muszę tłumaczyć dlaczego. To zdaje się być oczywiste, a dla mnie to tak wielki absurd- z jednej strony nasze czasy to czasy, w których każdy może być sobą, stawia się na indywidualizm, twórczość, pasję. Ale jest mały haczyk- musisz mieć umysł ścisły. Jak nie, to "dobrych" studiów nie znajdziesz, na dobrze płatną pracę nie licz. I jak tu taki humanista ma się czuć? Po co mi ta pasja? Po co mi kreatywność? No mogłabym tak opowiadać jeszcze godzinami. Ale już powiem do czego zmierzam:
Nie widzę w ogóle już sensu nauki. Uwierzyłam, że nie jestem nic warta i nic nie osiągnę. Spotkania z przyjaciółmi mnie już nie cieszą. Siedzę całe dnie w pokoju, głównie przed komputerem, czasem coś poczytam. A uczyć się zupełnie nie mam siły. Jak włączę telewizję, to łapie mnie jeszcze większa deprecha- myślę sobie "co z tym światem". Zaczęłam opuszczać lekcje, bo nie mam siły odrabiać prac domowych i łudzę się, że w tym czasie więcej zrobię w domu. Nienawidzę siebie za to. Czas leci coraz szybciej a ja oglądam filmy i płaczę wieczorami. Totalna masakra. Ale została mi jeszcze malutka nadzieja, że mogę znów być optymistką, że znów znajdę siłę na życie. Tylko nie wiem jak.
No i stąd moje pytanie. Jak tą energię znaleźć? Uwierzyć w siebie, w sens istnienia, znaleźć cel i zebrać motywację potrzebną do działania? Nie taką 5-minutową, tylko stałą, prawdziwą...