"Wojciech Cejrowski - Gringo Wsrod Dzikich Plemion"
Bo jest prawdziwa, przygodowa, i mozna sie posmiac :). Ale to zalezy od gustu oczywiscie.
Jest troche pokrecenie napisana, ale moim zdaniem to dodaje jej uroku :)
Wojciech Cejrowski to: podroznik, fotograf, pisarz i publicysta zarazem, wyklety przez wiekszosc mediow za swe kontrowersyjne poglady, i powiem ze ma facet jaja :P Ale nie uwazam go za swojego mentora, owszem jest bardzo madry, ale niektore jego poglady sa troche niedorzeczne :P Mimo tego naprawde warto poczytac co ma do powiedzenia ;)
Dolaczam urywek tej ksiazki, i to nie jest najleprzy jej kasek:
LOT NA KUBĘ
"Pewnego razu nad ciepłymi falami Morza Karaibskiego zepsuł się samolot. Nieświadomy niczego siedziałem w środku i podziwiałem pejzaż za owalnym okienkiem. Jak okiem sięgnąć woda, zachodzące słońce i kilka maleńkich koralowych wysepek porośniętych palmami. A dookoła mnie wyje przeraźliwie i stęka rozklekotany Ił. Tego, że wyje ostatkiem sił, nie zauważałem. Robił to od chwili startu w Madrycie i wydawało mi się, że to po prostu normalny tryb pracy silnika.
Gdzieś tak w połowie drogi nad oceanem Atlantyckim spostrzegłem tylko, że pewna mała śrubka przytrzymująca płaty blachy na skrzydle wykręciła się lub obluzowała i lata nerwowo na wietrze. Istniało niebezpieczeństwo, że się jej w końcu łepek oderwie, a potem... - Potem ten kawał blachy na skrzydle odfrunie - tłumaczyłem Stewardesie, którą wezwałem w trybie pilnym z prośbą, żeby o całej sprawie zawiadomiła pilota. - Śrubka?... - popatrzyła przez bulaj, ale wcale nie byłem pewien, czy szukała wzrokiem śrubki, czy tylko udawała dla świętego spokoju. - O, tam - pokazałem palcem. - Aha! O rany, widzę - teraz była zaniepokojona, ale tylko przez moment. - No więc, jeśli chodzi o TĘ konkretną śrubkę, a nie o inne sąsiednie, to to jest taka konstrukcja. Ona zawsze lata. C e l o w o! - ucięła rozmowę i odeszła. Postanowiłem myśleć o czymś innym...
* * *
Maszynę, którą leciałem (a może spadałem, ale w końcu spadanie to też rodzaj lotu) skonstruowano na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. Dwadzieścia lat później Rosjanie uznali, że jest już kompletnie wyeksploatowana i musi iść na złom. Co dalej? Nic nadzwyczajnego - przekazali ją w darze Ukraińcom. Ukraińcy latali kolejne kilka lat i po ponownym kompletnym wyeksploatowaniu oddali samolot narodowi kubańskiemu, który latał nim do chwili, którą właśnie zacząłem opisywać, czyli do trzeciego już kompletnego wyeksploatowania. Dla porządku dodam, że „kompletne wyeksploatowanie” za każdym razem oznaczało, że maszyna ABSOLUTNIE nie kwalifikuje się do remontu i musi być złomowana. NATYCHMIAST! Sposób złomowania przyjęto dość specyficzny, ale jednocześnie typowy dla gospodarki socjalistycznej tamtego okresu - Rosjanie złomowali na Ukrainie, Ukraińcy na Kubie, a Kubańczycy najwyraźniej postanowili złomować tam, gdzie akurat spadną. To, że siedziałem w środku, nie miało dla nich znaczenia."