Ta cała XX- i XXI-wieczna fantastyka to dramatyczna próba ożywienia zwłok (w tym wypadku - przeciętnej, komiksowej akcji) desperackimi elektrowstrząsami i innymi zabiegami pokroju doktora Frankensteina. Mam tu na myśli konstruowanie akcji w taki sposób, że zawsze chodzi o ratowanie świata, ludzkości, walkę dobra ze złem pokroju co najmniej epickiego, jeśli nie biblijnego - a wszystko to nie rusza, no po prostu nikogo nie rusza. Goethe opisał jedną, niby to zwyczajną, co najmniej prawdopodobną, historię miłosną i wywołał tym falę samobójstw, a Sapkowski, Tolkien, Kossakowska, Dukaj i reszta załogi dwa razy do roku niszczą czy też ratują świat przy pomocy swoich papierowych supermenów i każdy ma to gdzieś. Te czytadła wydawane przez fabrykę słów gigantyczną czcionką, by dzieciarnia się cieszyła jaką to gigantyczną książkę 300 stron przeczytali to zwykła rozrywka, ale na pewno nie sztuka, którą każdy powinien przeczytać. Ja ten szczytny cel i ideę, jaka przyświeca fantastyce, nawet rozumiem, podniesienie do rangi właśnie takiej walki dobra ze złem życia głównego bohatera, inspiracja do szukania głębszego sensu, odwagi by go znaleźć także we własnym życiu, poszukiwanie lepszego świata. Ale z wykonaniem to niech się lepiej schowają, bo klepanie tych samych nieporadnych epopei w dosłownie kilku mało oryginalnych kreacjach staje się nudne.
Trylogia Sienkiewicza z kolei to kolejne historyczne czytadło, dobre jak ktoś ma za dużo czasu, a to ach jakże głębokie przesłanie patriotyczne to przecież ani nic nowego, ani oryginalnego. DObrze, że napisałaś, że chodzi o Sienkiewicza, ale nie dla ignorantów, tylko ktoś mógłby sobie pomyśleć, że chodzi o Zolę, który bardziej powinien znaleźć się w gronie o które chodzi w pytaniu.
Lektury rzeczywiście nie wzięły się znikąd, wzięły się z zaślepienia polską literaturą, która w zbiorze lektur stanowi nieproporcjonalnie dużą część w stosunku do swojego wkładu do literatury światowej. Miała ona swoje wielkie momenty i wzloty, ale też głębokie doły, i to właśnie one zajmują większą część kanonu. Weźmy na przykład drugą połowę XIX wieku oraz początek XX, gdzie polscy licealiści zamiast poznawać Zolę, Tołstoja, Dostojewskiego (poza jedną tylko powieścią), Huysmansa, Strindberga, Hardy'ego, Karin Boye i wielu innych wybitnych artystów, czym są pasieni w szkołach? Rosyjską propagandówką, zwaną przez nieporozumienie chyba pozytywizmem (na miejscu Comte bym się obraził), gdzie w roli pożytecznych idiotów skądinąd sprawni pisarze głosili tezy pod hasłem "mordy w kubeł" pod dyktando rosyjskiej cenzury i propagandy. Takiego wiernopoddańczego posłuchu jednym przełożeniem wajchy cesarz Rosji nie doświadczył nawet wśród Rosjan. Podczas gdy Turgieniew i Tołstoj swoimi dziełami pluli w twarz autokracie, Polacy klaskali w rączki i zaganiali do pracy swoich rodaków. Całkiem przyjemna fucha, zwłaszcza jak dostanie się jakiś dworek za to.