Piszę opowiadania, książki i nie wiem czy ma...
L
lolek01447 pkt
602 wyświetlenia
sens dalsze rozwijanie.
ocenicie? Oto prolog ze starego bloga, pisany pół roku temu:
Prolog: Sen, jak na jawie.
Szła powolnym krokiem, skuta w kajdanki. Kilka razy próbowała się wyrwać, ale to tylko poraniło jej ręce. Była coraz bliżej wielkiego, szklanego budynku, którego pilnowało dwóch potężnych mężczyzn. Spojrzała za siebie. Chociaż była noc, na ulicach miasta zebrali się ludzie. Wszyscy patrzyli na nią i wszyscy mieli świecące oczy, pełne głodu.
Bardzo wyraźnie poczuła krew. Szczerze powiedziawszy, nie podobało jej się to.
Zaczęła płakać. To wszystko... Nie miała pojęcia, co o tym myśleć.
Postać prowadząca ją przez ulice była bladym mężczyzną w średnim wieku. Krótko ścięte czarne włosy pasowały do jego kwadratowej twarzy. Przebiegała po niej długa, brzydka blizna, na której widok zebrały się w niej odruchy wymiotne. Mężczyzna miał czerwone oczy.
Soczewki kontaktowe?- zapytała samą siebie. Wątpiła w to. Kiedyś założyła takie soczewki i wyglądały bardzo sztucznie.
Doszli do wielkich drzwi, od tajemniczego, szklanego budynku. Ochroniarze otworzyli je. Została wepchnięta do środka. A tam? Czekała śmierć...
- Savannah, wstawaj!- powiedziała śmierć, głosem jej matki.
- Przecież nie leżę.- zaśmiała się. Jej mama to śmierć? Dobre!
- Sav, do cholery!
PAC!
Dotknęła swojego policzka, który przed chwilą był atakowany przez poduszkę. Otworzyła oczy.
Znajdowała się w swoim pokoju.
Był dzień.
Jej rąk nie oplatały kajdanki.
A to wszystko, było tylko głupim snem...
ocenicie? Oto prolog ze starego bloga, pisany pół roku temu:
Prolog: Sen, jak na jawie.
Szła powolnym krokiem, skuta w kajdanki. Kilka razy próbowała się wyrwać, ale to tylko poraniło jej ręce. Była coraz bliżej wielkiego, szklanego budynku, którego pilnowało dwóch potężnych mężczyzn. Spojrzała za siebie. Chociaż była noc, na ulicach miasta zebrali się ludzie. Wszyscy patrzyli na nią i wszyscy mieli świecące oczy, pełne głodu.
Bardzo wyraźnie poczuła krew. Szczerze powiedziawszy, nie podobało jej się to.
Zaczęła płakać. To wszystko... Nie miała pojęcia, co o tym myśleć.
Postać prowadząca ją przez ulice była bladym mężczyzną w średnim wieku. Krótko ścięte czarne włosy pasowały do jego kwadratowej twarzy. Przebiegała po niej długa, brzydka blizna, na której widok zebrały się w niej odruchy wymiotne. Mężczyzna miał czerwone oczy.
Soczewki kontaktowe?- zapytała samą siebie. Wątpiła w to. Kiedyś założyła takie soczewki i wyglądały bardzo sztucznie.
Doszli do wielkich drzwi, od tajemniczego, szklanego budynku. Ochroniarze otworzyli je. Została wepchnięta do środka. A tam? Czekała śmierć...
- Savannah, wstawaj!- powiedziała śmierć, głosem jej matki.
- Przecież nie leżę.- zaśmiała się. Jej mama to śmierć? Dobre!
- Sav, do cholery!
PAC!
Dotknęła swojego policzka, który przed chwilą był atakowany przez poduszkę. Otworzyła oczy.
Znajdowała się w swoim pokoju.
Był dzień.
Jej rąk nie oplatały kajdanki.
A to wszystko, było tylko głupim snem...