Podoba Ci się pierwszy rozdział mojego...
H
Hipokryzja165 pkt
910 wyświetleń
opowiadania?
Wiem, że niektórych czytanie boli, jednakowoż byłabym wdzięczna za opinię. Grzecznie przyjmuję krytykę. Ach, no i nie naciskam na czytanie całego, bo to chyba ponad siły większości osób c:
Zakrwawiony bruk. Strugi deszczu lejące się z nieba. Pojedyncze ciała leżące gdzieś w rowach, pozostałości po cywilizacji. Przez ciemnoszarą i ciężką mgłę idzie dwóch mężczyzn. Jeden starszy, ubrany w czarny płaszcz, skórzane, wyraźnie schodzone buty i kapelusz, z którego kapały kropelki deszczu wymieszanego z krwią trupów leżących na balkonach blokowiska. A raczej tego, co po nim zostało. Drugi zaś przyodziany w ciemnozieloną bluzę z kapturem, trampki i lekko obcisłe spodnie. Tym drugim jestem ja. Przerażała mnie ta cała sytuacja, to, co przed chwilą zrobiliśmy. Takie są moje powinności, dacie wiarę? Zostałem stworzony, po to, żeby zabijać.
Słodko, nieprawdaż?
- Dokończyliśmy nasze dzieło– Powiedział dumnie starszy mężczyzna i poklepał mnie po ramieniu. „Nasze dzieło”? Zabiliśmy wszystkich ludzi w Teenegh, no jest się czym szczycić!
- Wiliam, nie czuję się z tym dobrze. Nie musieliśmy przecież tego robić, obeszłoby się. Wystarczyło by, jeśli zastraszylibyśmy parę osób, a nie wybijać całe miasto od razu.
- Och, teraz odzywa się w tobie sumienie? – Westchnął mężczyzna z nutką pogardy w głosie.- Dobrze wiesz, że jestem rozrzutny – Tutaj zaśmiał się cicho. Ha, no doprawdy konam ze śmiechu!– Zrozum, jesteśmy maszynami. Maszynami do zabijania. Nie dla nas jest współczucie, czy jakiekolwiek cechy ludzkie. Lepiej się z tym pogódź, inaczej nie będzie łatwo.
- Nie. – Odparłem bez chwili zastanowienia i usiadłem na pobliskiej brudnej ławce – A wiesz dlaczego? Bo nie straciłem nadziei. Wierzę, że kiedyś wydostanę się z tej paranoi i zacznę żyć normalnie, w normalnym świecie.
- No dobrze, możesz się łudzić, nikt ci nie zabroni. Ale póki co, wracajmy do naszych – Westchnął Will i ruszył powolnym krokiem przed siebie. Cóż mogłem zrobić? Poszedłem za nim. Zapytacie, skąd jesteśmy, dlaczego to zrobiliśmy i po co? Nie odpowiem wam. Sam tego nie wiem. Kiedy doszedłem do tego jakże zaskakującego faktu rzuciłem w stronę Will’a
- Hej, a po co my to wszystko robimy, zastanawiałeś się nad tym?
Will widocznie pobladł po twarzy i po chwili powiedział cicho.
- Coś ci powiem… Lepiej się tym nie interesuj, to nie są twoje sprawy – Jak to „to nie są twoje sprawy” Tu chodzi o moje życie, prawda!? Chcę przecież wiedzieć dlaczego robię to, co robię! Zatrzymałem się i chwyciłem mężczyznę za rękaw. On zerknął nieznacznie na mnie i szarpnął ręką, najwyraźniej chciał się oswobodzić.
- Nie puszczę, dopóki mi nie powiesz – Powiedziałem twardo, jednak trzęsłem się na myśl, co może zrobić. Było to dobre zachowanie, bo po chwili wyciągnął sztylet ,który przyłożył mi do gardła i powiedział już całkowicie zimno.
- Jesteś pewien? – Bez wahania puściłem jego rękę i opuściłem głowę. Musiałem wtedy przekomicznie wyglądać, mała postać z dużym nożem w dłoni zakrwawionymi dłońmi, cała przemoknięta. Wyobrażacie to sobie? Ha, nic śmieszniejszego, prawda? Ogarnęło mnie zdziwienie kiedy Will poczochrał moje włosy i powiedział wesoło
- Lubię cię – Okej… Ten koleś jest dziwny.
Co najmniej. Co z tego, że robi za moją niańkę , od kiedy tu jestem? Z dnia na dzień robi się coraz to bardziej osobliwy. Właśnie… Od kiedy ja tu jestem? Od zawsze? Czy może ktoś mnie tutaj wziął, albo sam przyszedłem? Jeny, tyle pytań a na żadne nie znam odpowiedzi.
Jak zwykle zresztą.
Weszliśmy do jakiegoś obskurnego baru, gdzie czekali „nasi”. To było coś w stylu stada. Tak, to dobra nazwa. Kiedy przywódca nas zauważył, powiedział.
- Załatwiliście wszystko? – William był zajęty odpalaniem papierosa, więc to ja zacząłem.
- Tak, ale jak to Will powiedział „nieco go poniosło” i wybił całe miasto – Po tych słowach uśmiechnąłem się. Nie ma to jak mówić o zabijaniu, a później walnąć słodki uśmieszek, nie uważacie?
- Może i tak będzie lepiej – Przywódca wstał i wyszedł z baru, za nim poszła większość stada. Rozglądnął się krótko i powiedział.
- Trzeba to posprzątać – Mężczyzna wyznaczył parę osób do tego zacnego zadania, a później wskazał na mnie i dodał.
- A ty zmienisz przynależność na tablicy – Podał mi puszkę z farbą i pędzel, wiedząc, że znam swoją powinność. Ruszyłem w stronę wejścia do miasteczka. Po co to wszystko? Już wam mówię. Znajdujemy się na planecie zwanej Gold Hope, kiedyś znaną pod idiotyczną nazwą Ziemia. Kiedy byłem mały, byli tu ludzie. Mnożyliśmy się. Mówiąc „my” mam na myśli mój gatunek. Wyglądamy jak ludzie, ale nimi nie jesteśmy. Czym jesteśmy, w takim razie? Nie wiem. Nikt nie jest łaskaw mnie o tym poinformować. Cóż za ironia. Ale wracając do naszej historii, było nas coraz więcej, aż w końcu całe ludzkie pokolenie wymarło. Sami siebie zniszczyli. Więc nasuwa się pytanie, dlaczego my nie poumieraliśmy? Jesteśmy na to odporni. Nie wiem, za czego sprawą, ale jesteśmy. Przejęliśmy Ziemię i stworzyliśmy jedno monumentalne państwo. Jednak na krótko. Po jakimś czasie wyrobiły się kolonie i każdy miał swoje stado. Zaczęliśmy zdobywać swoje terytoria. Osoba z naszego gatunku może umrzeć jedynie z ręki istoty z tego samego rodzaju, dlatego ludzie nas nie byli w stanie zabić, jakkolwiek. Jak już mówiłem, zaczęliśmy walczyć o terytoria, dlatego przed każdym miastem, osadą musiała być tablica z jej nazwą i rodu, do którego należy. Terytorium się zdobywało poprzez negocjacje. Coś w deseń „my wam damy to, wy nam tamto”, lub bardziej prymitywnie – poprzez zabicie wszystkich. Mój ród , zwany rodem Bracillien, jest najsilniejszym tutaj. Mamy sporo dużych miast, więc można powiedzieć, że sprawiamy tutaj władzę. Naszym największym wrogiem jest stado Hyu, którego przywódcą jest młodszy brat naszego „samca alfa”. Jest prawdopodobnie gdzieś w moim wieku, czyli coś koło siedemnastu lat. Dokończyłem malowanie i powoli wracałem do przywódcy. Im byłem bliżej – Tym było czyściej. Ach, te czyścioszki z mojego rodu. Nie miałem tutaj zbyt wielu przyjaciół, bo jednego. A raczej przyjaciółkę. Nazywała się Karin była doprawdy silną dziewczyną. Mocno stąpała po ziemi. Kompletna odwrotność mnie. Kiedy zauważyłem ją opierającą się o jakiś płot od razu podszedłem i zagadałem.
- Nie powinnaś sprzątać, hm?
- Nie chce mi się – wzruszyła ramionami. – Jest jakiś sens robienia czegoś, na co się nie ma ochoty?
- Nie? – odpowiedziałem raczej średnio pewny.
- Oczywiście, że nie. Po za tym, mam dla ciebie wieści – Powiedziała z dziarskim uśmiechem na ustach. Już wiem co to oznaczało. Co, zapytacie?
Kłopoty.
Wiem, że niektórych czytanie boli, jednakowoż byłabym wdzięczna za opinię. Grzecznie przyjmuję krytykę. Ach, no i nie naciskam na czytanie całego, bo to chyba ponad siły większości osób c:
Zakrwawiony bruk. Strugi deszczu lejące się z nieba. Pojedyncze ciała leżące gdzieś w rowach, pozostałości po cywilizacji. Przez ciemnoszarą i ciężką mgłę idzie dwóch mężczyzn. Jeden starszy, ubrany w czarny płaszcz, skórzane, wyraźnie schodzone buty i kapelusz, z którego kapały kropelki deszczu wymieszanego z krwią trupów leżących na balkonach blokowiska. A raczej tego, co po nim zostało. Drugi zaś przyodziany w ciemnozieloną bluzę z kapturem, trampki i lekko obcisłe spodnie. Tym drugim jestem ja. Przerażała mnie ta cała sytuacja, to, co przed chwilą zrobiliśmy. Takie są moje powinności, dacie wiarę? Zostałem stworzony, po to, żeby zabijać.
Słodko, nieprawdaż?
- Dokończyliśmy nasze dzieło– Powiedział dumnie starszy mężczyzna i poklepał mnie po ramieniu. „Nasze dzieło”? Zabiliśmy wszystkich ludzi w Teenegh, no jest się czym szczycić!
- Wiliam, nie czuję się z tym dobrze. Nie musieliśmy przecież tego robić, obeszłoby się. Wystarczyło by, jeśli zastraszylibyśmy parę osób, a nie wybijać całe miasto od razu.
- Och, teraz odzywa się w tobie sumienie? – Westchnął mężczyzna z nutką pogardy w głosie.- Dobrze wiesz, że jestem rozrzutny – Tutaj zaśmiał się cicho. Ha, no doprawdy konam ze śmiechu!– Zrozum, jesteśmy maszynami. Maszynami do zabijania. Nie dla nas jest współczucie, czy jakiekolwiek cechy ludzkie. Lepiej się z tym pogódź, inaczej nie będzie łatwo.
- Nie. – Odparłem bez chwili zastanowienia i usiadłem na pobliskiej brudnej ławce – A wiesz dlaczego? Bo nie straciłem nadziei. Wierzę, że kiedyś wydostanę się z tej paranoi i zacznę żyć normalnie, w normalnym świecie.
- No dobrze, możesz się łudzić, nikt ci nie zabroni. Ale póki co, wracajmy do naszych – Westchnął Will i ruszył powolnym krokiem przed siebie. Cóż mogłem zrobić? Poszedłem za nim. Zapytacie, skąd jesteśmy, dlaczego to zrobiliśmy i po co? Nie odpowiem wam. Sam tego nie wiem. Kiedy doszedłem do tego jakże zaskakującego faktu rzuciłem w stronę Will’a
- Hej, a po co my to wszystko robimy, zastanawiałeś się nad tym?
Will widocznie pobladł po twarzy i po chwili powiedział cicho.
- Coś ci powiem… Lepiej się tym nie interesuj, to nie są twoje sprawy – Jak to „to nie są twoje sprawy” Tu chodzi o moje życie, prawda!? Chcę przecież wiedzieć dlaczego robię to, co robię! Zatrzymałem się i chwyciłem mężczyznę za rękaw. On zerknął nieznacznie na mnie i szarpnął ręką, najwyraźniej chciał się oswobodzić.
- Nie puszczę, dopóki mi nie powiesz – Powiedziałem twardo, jednak trzęsłem się na myśl, co może zrobić. Było to dobre zachowanie, bo po chwili wyciągnął sztylet ,który przyłożył mi do gardła i powiedział już całkowicie zimno.
- Jesteś pewien? – Bez wahania puściłem jego rękę i opuściłem głowę. Musiałem wtedy przekomicznie wyglądać, mała postać z dużym nożem w dłoni zakrwawionymi dłońmi, cała przemoknięta. Wyobrażacie to sobie? Ha, nic śmieszniejszego, prawda? Ogarnęło mnie zdziwienie kiedy Will poczochrał moje włosy i powiedział wesoło
- Lubię cię – Okej… Ten koleś jest dziwny.
Co najmniej. Co z tego, że robi za moją niańkę , od kiedy tu jestem? Z dnia na dzień robi się coraz to bardziej osobliwy. Właśnie… Od kiedy ja tu jestem? Od zawsze? Czy może ktoś mnie tutaj wziął, albo sam przyszedłem? Jeny, tyle pytań a na żadne nie znam odpowiedzi.
Jak zwykle zresztą.
Weszliśmy do jakiegoś obskurnego baru, gdzie czekali „nasi”. To było coś w stylu stada. Tak, to dobra nazwa. Kiedy przywódca nas zauważył, powiedział.
- Załatwiliście wszystko? – William był zajęty odpalaniem papierosa, więc to ja zacząłem.
- Tak, ale jak to Will powiedział „nieco go poniosło” i wybił całe miasto – Po tych słowach uśmiechnąłem się. Nie ma to jak mówić o zabijaniu, a później walnąć słodki uśmieszek, nie uważacie?
- Może i tak będzie lepiej – Przywódca wstał i wyszedł z baru, za nim poszła większość stada. Rozglądnął się krótko i powiedział.
- Trzeba to posprzątać – Mężczyzna wyznaczył parę osób do tego zacnego zadania, a później wskazał na mnie i dodał.
- A ty zmienisz przynależność na tablicy – Podał mi puszkę z farbą i pędzel, wiedząc, że znam swoją powinność. Ruszyłem w stronę wejścia do miasteczka. Po co to wszystko? Już wam mówię. Znajdujemy się na planecie zwanej Gold Hope, kiedyś znaną pod idiotyczną nazwą Ziemia. Kiedy byłem mały, byli tu ludzie. Mnożyliśmy się. Mówiąc „my” mam na myśli mój gatunek. Wyglądamy jak ludzie, ale nimi nie jesteśmy. Czym jesteśmy, w takim razie? Nie wiem. Nikt nie jest łaskaw mnie o tym poinformować. Cóż za ironia. Ale wracając do naszej historii, było nas coraz więcej, aż w końcu całe ludzkie pokolenie wymarło. Sami siebie zniszczyli. Więc nasuwa się pytanie, dlaczego my nie poumieraliśmy? Jesteśmy na to odporni. Nie wiem, za czego sprawą, ale jesteśmy. Przejęliśmy Ziemię i stworzyliśmy jedno monumentalne państwo. Jednak na krótko. Po jakimś czasie wyrobiły się kolonie i każdy miał swoje stado. Zaczęliśmy zdobywać swoje terytoria. Osoba z naszego gatunku może umrzeć jedynie z ręki istoty z tego samego rodzaju, dlatego ludzie nas nie byli w stanie zabić, jakkolwiek. Jak już mówiłem, zaczęliśmy walczyć o terytoria, dlatego przed każdym miastem, osadą musiała być tablica z jej nazwą i rodu, do którego należy. Terytorium się zdobywało poprzez negocjacje. Coś w deseń „my wam damy to, wy nam tamto”, lub bardziej prymitywnie – poprzez zabicie wszystkich. Mój ród , zwany rodem Bracillien, jest najsilniejszym tutaj. Mamy sporo dużych miast, więc można powiedzieć, że sprawiamy tutaj władzę. Naszym największym wrogiem jest stado Hyu, którego przywódcą jest młodszy brat naszego „samca alfa”. Jest prawdopodobnie gdzieś w moim wieku, czyli coś koło siedemnastu lat. Dokończyłem malowanie i powoli wracałem do przywódcy. Im byłem bliżej – Tym było czyściej. Ach, te czyścioszki z mojego rodu. Nie miałem tutaj zbyt wielu przyjaciół, bo jednego. A raczej przyjaciółkę. Nazywała się Karin była doprawdy silną dziewczyną. Mocno stąpała po ziemi. Kompletna odwrotność mnie. Kiedy zauważyłem ją opierającą się o jakiś płot od razu podszedłem i zagadałem.
- Nie powinnaś sprzątać, hm?
- Nie chce mi się – wzruszyła ramionami. – Jest jakiś sens robienia czegoś, na co się nie ma ochoty?
- Nie? – odpowiedziałem raczej średnio pewny.
- Oczywiście, że nie. Po za tym, mam dla ciebie wieści – Powiedziała z dziarskim uśmiechem na ustach. Już wiem co to oznaczało. Co, zapytacie?
Kłopoty.