Ponieważ admin usunął moją prośbę wklejam...
D
DianaxDxD764 pkt
701 wyświetleń
tutaj tekst
Pożegnanie
Siedziałam w kuchni jedząc kanapkę z szynką i serem, sącząc sok pomarańczowy. Mama gdzieś w dokumentach szukała mojego paszportu. Duży plecak ze sztalugą stał przy drzwiach. Nareszcie wyjeżdżam do Brazylii. Moje marzenie się spełniło. Spoglądnęłam na zegarek była równo dziewiąta, za godzinę będę miała samolot. To będą najlepsze wakacje, jakie mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić. Tato chodził po całym domu szukając swojej garderoby, którą zawsze szpulał gdziekolwiek, nasunął swoje czerwone dresy na masywne uda oraz naciągnął koszulkę z napisem „i`m lucky”. Wchodząc do kuchni jego oczy pojaśniały na widok gotowej kawy z expresu. Łapczywie wypił trzy łyki po którym zapytał:
-Kiedy wracasz?
-Przecież mówiłam Wam, że za trzy tygodnie.-wrednie pomruknęłam, chociaż wolałam powiedzieć to normalnie.
-To niedługo, chyba dasz sobie radę.-tato powiedział to troską, ale drocząc się ze mną
-Ojcze ja mam piętnaście lat.-zawsze tak mówiłam do niego.
-Ja nadal uważam, że ta wyprawa to zły pomysł. To, że wygrałaś ten konkurs i otrzymałaś ten bilet nie znaczy, tego że musisz jechać. Takie wycieczki są niebezpieczne. Później się okaże, że zamiast do Brazylii wywiozą Cię gdzieś, tyle się słyszy tego w telewizji.-wtrąciła się mama.
-Mamoo! Przestań , jadę i koniec. Za pół godziny mam być na lotnisku, więc komu w drogę temu czas.-Popatrzyłam w stronę taty i wstałam od stołu. Wsadziłam talerz i kubek do zmywarki. Podeszłam do mamy i mocno ją przytuliłam, czułam zapach jej perfum, lawendowo-fiołkowych, które zawsze kupowała w drogerii za rogiem. Popatrzyłam jej w oczy, które szkliły się od łez. Jej niebieskie tęczówki wydawały się piękniejsze niż zwykle, lśniły niczym diamenty. Nieraz wyjeżdżałam z domu, ale to pożegnanie było inne, niewiadomo dlaczego. Uśmiechnęłam się, a ona odwzajemniła mój uśmiech. Nie musiała nic mówić, wiedziałam o co chodziło „już tęsknie”. Wzięłam plecak i białą kurtkę ortalionową, która była nieoceniona podczas chłodu, bo zatrzymywała temperaturę ciała. Tato ruszył za mną. Otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg, poczułam szczęście, nareszcie wyjeżdżałam.
W drodze na lotnisko, tato nic nie mówił, raptem coś napomniał o pogodzie, że mamy środek lata a siąpi deszcz.Zawsze tak mówił, mieszkamy w Danii już tyle lat, a on wciąż nie przyzwyczaił się do panującego tutaj klimatu. Wpatrywałam się w krople deszczu spływające po szybie. Byłam szczęśliwa, że wyjeżdżam. W końcu odpocznę od moich znajomych. Już nie mogłam ich znieść. Czułam się inna, oni żyli chwilą, mieli w nosie przyszłość, ciągle upijali się do nie przytomności, faceci prześcigali się w ilości dziewczyn, a dziewczyny bezmyślnie szukały swego księcia z bajki, który będzie grał na gitarze i mówił im, że będą wiecznie razem. Ja nikogo takiego nie potrzebowałam, uwielbiałam spędzać czas samotnie. Wyjazd do Brazylii był moją odskocznią, miałam tam odpocząć, nabrać sił, zmienić się, nabrać dystansu do siebie ale i do opinii ludzi, która była mi tak cenna. Moim celem było nauczyć się olewać ludzi. Nie przejmować się nimi. Auto zahamowała a ja oderwałam się od swoich przemyśleń. Tato wysadził mnie przed lotniskiem, wiedziałam gdzie iść, więc nie musiał mnie odprowadzać. Na pożegnanie przytulił mnie mocno i powiedział „będziemy tęsknić”. Choć na twarzy jego nie widniały jakieś szczególne emocje, to i tak czułam, że jest przygnębiony, że martwi się o mnie. Uścisnął mocno moją dłoń jakby chciał dać upust swoim uczuciom, a ja chwyciłam plecak i poszłam w stronę wejścia na lotnisko.
Gorzej być nie może a jednak
Gdy weszłam do głównego holu ogromnego lotniska, poczułam okropny zapach, wręcz odór. Zobaczyłam kilku bezdomnych, jeden ruszył w moją stronę. Jego twarz była czerwona, długie włosy i zarost o kolorze siwo-szarym były dziwnie podkręcone. Był ubrany w podarte spodnie i wymiętą, brudną koszule, W rękach, okropnie zaniedbanych, trzymał kartkę „zbieram na chleb”. Pomyślałam nie mam drobnych pieniędzy, ale mama zrobiła mi kanapki, dam mu. Spytawszy go czy nie zechciałby zjeść, z pogardą i śmiechem odpowiedział mi chamsko, że chcę kasę, a nie jakieś zepsute kanapki. Oczywiście nie dałam mu ani grosza, odwróciłam się czerwona ze złości i poszłam dalej.
W planie wycieczki, który dostałam było napisane, że mam się wstawić do kawiarni „Fleur »
koło bankomatu o 10, była dopiero 9 :38, więc powoli szłam w kierunku knajpki. Podziwiałam oszklony z każdej strony budynek. W samym centrum portu stała ogromna fontanna, która rozbryzgiwała wodę o różnej barwie w każdą stronę. Kawałek dalej stał clown, który rozweselał dzieci czekące na rodziców, którzy załatwiali jakieś formalności. Nigdy nie byłam w tym miejscu, z zewnątrz wyglądało na takie surowe, zimne. Było zupełnie inaczej , tętniło w nim życie. Zobaczyłam wielki szyld « Fleur- café « . Z każdym krokiem moje emocje rosły, do końca nie wiedziałam kto z nauczycieli będzie moim opiekunem, czy to będzie pani Roliend, czy pani Kistarss, a może sam dyrektor naszej szkoły.Nie wiedziałam też, kim będą pozostali trzej faworyci konkursy, Powinno być ich dwóch skoro dwa miejsca ale z powodu ogromnej ilości uczestników miejsce nagrodzone były cztery. Wiem jedno, pojedzie z nami generalny szef rady nauczycielów i naczycielek naszego regionu-pani Streech. Słyszałam, że jest niezwykle wredną i surową osobą. Gdy weszłam do kawiarni nikogo nie było. Usiadłam przy stoliku i zamówiłam kawę bezkofeinową. Nagle w drzwiach stanęła pewna grupa ludzi. Na samym początku stał Pan Ricover- zastępca Streech. Poczułam uglę, ponieważ bardzo go lubiałam, często rozmawialiśmy podczas przerw konkursowych, udzielał mi porad związanych z nauką. Zaraz zanim szedł, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu pan Keers, mój znienawidzony nauczyciel chemii. Zawsze był taki chamski wobec uczniów, w żaden spósób nikt nie mógł się z nim dogatać, pomyślałam gorzej być nie może ale za nim szedł Peter- największy narcyz w naszej szkole, moje policzki płonęły ale kiedy zobaczyłam Rumusa-Gimmiego najbardziej nadętego chłopaka w szkole- zagotowały się i zaczęły parować. Chcialabym zobaczyć swoją minę kiedy na końcu pochodu zobaczyłam mojego najlepszego przyjaciela Nathana. Do tego dnia nie znaliśmy faworytów konkursu, po prostu każdy z nas dowiedział się, że wygrał ale nie wiedział o pozostałej trójce. Wszyscy staliśmy jak wryci, oni patrzyli na mnie, a ja na nich. Głupia myślałam, że pojedzie jakaś dziewczyna, ale to przecież był konkurs techniczny. Ja sama cudem wygrałam, bo podpatrywałam tatę jak naprawia róźne rzeczy i krząta się po garażu. Byłam okropnie zła, moje marzenia o wspaniałych, miłym wyjeździe wybiegły z mojej głowy z pędem strusia. Spędzę trzy tygodnie w gronie czterech facetów. Na początku widziałam same negatywy tej sytuacji, ale później doszłam do wniosku, że może to z nimi będzie mi lepiej, że z nimi odpocznę od tego wszystkiego ? Pan Ricower podszedł do mnie bliżej :
-Hej, to Ty zawsze dyskutowałaś ze mną na regionalnych konkursach ! Annie, prawda ?
-Tak, to ja.
-Moje rady nie poszły w las, w tym roku poszło Ci świetnie, gratuluję.- ścisnął moją dłoń i uśmiechnął się przyjaźnie. Spojrzałam na miny pozostałych, Nathan był zadowolony, że tutaj jestem z nimi, niestety reszta nie, mieli miny jakby chcieli mnie zabić, tylko nie wiedzieli jeszcze w jaki sposób.
Chyba to właśnie dopracowywali .
Czarna owca
Jesteście najlepsi w naszym regionie. Jesteście faworytami konkursu „creative and young engineers” W nagrodę Rada ufundowała Wam wycieczkę do Brazylii. Mamy pomysł, aby nie lecieć prosto do Brazylii, ale polecimy dłuższą trasą. Lecąc z Danii, skierujemy się na Północ, później w stronę Grenlandii oraz Arktyki, następnie miniemy biegun, a na samym końcu udamy się w stronę Ameryki Północnej i Brazylii. –objaśniał Ricover.
- To absurd, do cholery gdzie będziesz tankował samolot, a w razie jakiejkolwiek awarii? Co będziesz płakał? Kto wymyślił tą durnotę? Ty czy Twoi idiotyczni koledzy? –Keers czerwony ze złości zaczął krzyczeć , kiedy tylko otworzył swoją paszcze poczułam okropny zapach, chyba dawno nie mył zębów. Tak bardzo go nie lubiłam, robiłam wszystko na przekór niemu żeby choć trochę go wkurzyć.
-To świetny pomysł! Zwiedzimy tyle świata – krzyknęłam pod wpływem emocji i dopiero po chwili zorientowałam się co zrobiłam. Sama uważałam to za głupotę, tylko niepotrzebnie nadrobimy kilometry. Po moim ataku euforii Ricover uśmiechnął się triumfalnie, a Keers burknął, że jestem słodką idiotką.
-Wraz z waszym nauczycielem udamy się wypełnić dokumenty, a Wy poczekajcie tu sobie, poznajcie się bliżej w końcu spędzicie razem najbliższe tygodnie. –Mrugnął do mnie pobłażliwie i razem z tym śmierdzącym człowiekiem wyszli z restauracji i udali się w stronę fontanny.
Patrzyliśmy się na siebie, panowała cisza, nawet Nathan się do mnie nie uśmiechał. Peter w obrzydliwy sposób mi się przyglądał, nienawidziłam tego wzroku, z góry do dołu oceniał każdy detal mego ciała. Kelnerka przyniosła kawę Gimmiemu, położyła ostrożnie, chyba wyczuwała napięcie jakie wytworzyło się między nami i szybko odeszła . Nazywała się Katie, tak przynajmniej miała napisane na tabliczce przypiętej do jej czerwonej koszuli. Była śliczna, jej włosy spięte w koński kucyk z każdym jej ruchem falowały, to w prawo to w lewo. Katie była szczuplutką, wysoką dziewczyną. Strasznie przypominała mi moją przyjaciółke Anglie, wyglądała identycznie. W tym momencie zatęskniłam za jej małomównością, za jej mową, była taka inna wśród tych okropnych rówieśników, Lubiałam ją.
-Więc wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie ? Jak wrażenia ? Co sądzicie o tym pomyśle z dłuższą podróżą ?-Nathan nieśmiało przerwał niezręczną ciszę.
-Zamknij się głupku, jakbym mógł to bym Ci przywalił, ale Keers mi zabronił, żeby nie było afery-warknął Peter
-Ty jakże niemądry człowieku. Jak śmiesz tak zwracać się do niego ? Myślisz, że jesteś lepszy ? Nie znasz go, więc nie oceniaj ! Radzę Ci być czujnym, bo z miłą chęcią Cię uduszę, gdy tylko nadarzy mi się taka okazji .Uwierz mi ja nie mam skrupółów, ani się niczego nie boję !-krzyknęłam to prosto w twarz Petera.Nathan poczerwieniał a Gimmy podskoczył ze zdziwienia.
-Ty głupia dziewczyno, zaraz pożałujesz. Nikt Cię nie rozpozna ! –chłopak chwycił kubek gorącej kawy i już chciał mnie oblać, kiedy to Gimmy wstał i trącił filiżankę dzięki czemu upadła na podłogę i rozstarzskała się kawałki.
-Uspokój się. –powiedział łągodnie do Petera.
Awanturnik spojrzał na Nathana, Gimmiego i na mnie. Kopnął kawałki porcelany i wyszedł z restauracji.
-To idiota, narcyz, który ma problemy z agresją. Nie przejmuj się- Gimmy zwrócił się do mnie życzliwie. W tym samym momencie do kawiarni wpadł Ricover i powiedział lekko zdyszany : – o widzę, że sięjuż poznaliście, to dobrze idziemy do samolotu.
Popatrzyliśmy się na siebie i cicho wstaliśmy od stołu, Gimmy zapłacił za swoją kawę i odeszliśmy.
Zaczynała się moja wielka przygoda, zaczynała się moja wyprawa życia.
Leżę w bawełnianej, ciepłej pościeli, w małym ale przyjaznym pokoju. Dopiero co wzięłam prysznic w mojej własnej łazience. Jestem już na podkładzie samolotu. Kobiety i mężczyźni mają osobne kabiny, a ponieważ jestem sama to miałam własne lokum, chłopcy gnieżdżą i się w trójkę, zaś Keers i Rover mają własny pokój oczywiście lepiej wyposażony niż nasze. Zastanawiałam się co teraz robią rodzice, czułam, że tęsknie, ale nie za rodziną tylko za domem, za moim pokojem w którym mogłam schować się przed światem i snuć myśli o zbombardowaniu niejednej rzeczy na tym ogromnym świecie. Uwielbiałam siadać w fotelu i zaczepiać mojego śnieżnobiałego kota, wtedy miałam w nosie wszystko i wszystkich, liczyłam się tylko ja i moje myśli. Tutaj nie mogę się tak poczuć, choć jestem sama w pokoju i jedynie kamery obserwują co robię, to i tak nie czuję się zbyt pewnie, nie mogę się na niczym skupić, ale spać też nie mogę. Zrywam się słysząc pukanie do drzwi. To Nathan, jest przygnębiony, jego proste, lekko długie, blond włosy wpadają do ogromnych jasno zielonych oczu. Nie lubię zielonych, są takie żabie, ale jego były inne takie… prawdziwe o głębokim spojrzeniu.
-Też nie możesz spać?- pyta przyjaźnie, ale słyszę, że coś nie tak. Chłopak siada na skrawku łóżka i wlepia ślepia w drzwi do łazienki-Ale Ci fajnie, że masz własną łazienkę. Myślałem, że dzisiaj się nie wykąpie, najpierw ten laluś poszedł się kąpać i chyba siedział godzinę, a później Gimmy ale do niego akurat nic nie mam.
-Nic nie masz? -pytam podirytowana-to że raz się wstawił za Tobą oznacza, że jest Twoim przyjacielem? Przestań, pewnie się kolegują z Peterem i po prostu bał się, że nakablujemy do Ricovera, dlatego go powstrzymał.
-Myślisz? Nie wydaję mi się. W sumie to nie bronił mnie, tylko Ciebie nie wiadomo dlaczego. Od razu go nie uwielbiam, ale uważam że jest w porządku. Ale ciekawe czy Narcyz się tak straszył tylko, czy prędzej na siebie wylałby tą kawę. Jak myślisz odważyłby się ? Czy natychmiast poleciał do Keersa?-Nathan pyta, a ja rzucam mu zabójcze spojrzenie i oboje wybuchamy śmiechem. Peter nie odważyłby się wylać na mnie tej kawy, bałby się konsekwencji, ale w mordce to jest mocny. Cóż …
-Coś się stało?-po chwili ciszy pyta przyjaciel
-Właśnie nie wiem, tak się cieszyłam na ten wyjazd, a teraz tak jakoś zachciało mi się wracać.
-Mam tak samo, to chyba przez zmęczenie.- Nathan przytula mnie mocno i pyta-Idziemy spać?-Kiwam głową i wtulona w niego zasnęłam. Byliśmy tylko przyjaciółmi, nikim więcej i obydwoje dobrze o tym wiedzieliśmy.
Rano budzi mnie trzask stłuczonego szkła, leżę z Nathanem, ale nie już w takiej pozycji w jakiej zasypialiśmy. Nathan odwrócony w stronę okno, z otwartymi ustami głośno chrapie. Przebudza się dopiero kiedy do pokoju wpada Peter.
-O gołąbeczki już gruchają sobie, jejku jakie to romantyczne. Ciekawe czy jeśli zabiłbym Was oboje to pochowaliby by Was jako parę czy osobno- mówi po czym zamyka drzwi i krzyczy na korytarzu-uważaj Annie byś czasem nie spodziewała się potomka.
Nikt nie bd wiedział
Wchodzę do jadalni ubrana w szare satynowe spodnie i długi zgnito zielony sweter. Rozglądam się za Nathanem, ponieważ wstał szybciej, jednakże nie widzę go. W pokoju są już wszyscy prócz niego, oczywiście każdy na mój widok ironicznie uśmiecha się i szepcze coś do osoby siedzącej obok. Biorę głęboki oddech podchodzę do stołu i biorę kromkę ciemnego pieczywa, na nią kładę sałatę i szynkę i nagle Keers mówi szyderczo:
-Złociutka, jak chciałaś pokój dwuosobowy to trzeba było rzucić hasło, teraz bardzo mi przykro ale będziesz musiała spać sama bez swojego narzeczonego.-spogląda na mnie i uśmiecha się.
-Ależ nie trzeba, to było tylko chwilowe załamanie. Nie możemy spać w jednym łózku, jesteśmy tylko narzeczonymi!- ostatnie słowo mocno akcentuje i uśmiecham się serdecznie, choć w głębi serca mam ochotę wbić mu widelec w nogę.
-O idzie nasz drugi zakochaniec- Peter uśmiecha się od ucha do ucha na widok Nathana.
-Dzień Dobry wszystkim-mówi bez zastanowienia i usiada obok mnie całując mój policzek. Jemy w ciszy, jedynie Keers coś gdera o okropnych warunkach w samolocie, jakby robiło mu to jakąkolwiek różnicę, przecież i tak się nie umył. Po śniadaniu możemy iść do sali rozrywek, są tam komputery, płaski telewizor taki jaki chciałaym mieć w domu i telefony, jeżeli ktoś chce zadzwonić do rodziny, ale ja jakoś nie palę się do tego, do rodziców zadzwonię jak będę na miejscu, a przyjaciela mam obok. Ruszam w stronę pokoju, przechodzę przez metalowy, ale gustowny wąski korytarz. Przez małe okienka widzę łuny błękitu widocznie lecimy nad jakimś morzem lub oceanem ale w jakiś w szczególny sposób nie wgłębiam się w to gdzie jesteśmy i idę dalej. Niezbyt komfortowo czuje się tu na podkładzie, to przestrzeń zamknięta, wiem, że nie miałabym gdzie uciec w razie niebezpieczeństwa. W domu jest zupełnie inaczej w każdym momencie mogę otworzyć furtkę i zacząć biec ile sił w płucach, tutaj to rozwiązanie jest niemożliwe, otwierając drzwi mój krok skończył się upadkiem z jakiś tysiąca metrów do lodowatej wody, dlatego w ostateczności jestem w stanie wytrzymać ten dyskomfort. Dochodzę do drzwi i widzę Gimmiego, wygląda inaczej nie jest ubrany w jakieś wymyślne ubrania jak zawsze, wręcz odwrotnie, ma na sobie zwykły wyciągnięty brązowy sweter i jakieś stare jeansy. Jego fryzura, a raczej jej brak odrobinę mnie bawi i lekko uśmiecham się do niego. Wiecznie ułożone, nażelowane w lekki irokez kruczo czarne włosy są potargane na każdą stronę. Dziwię się, że nie zauważyłam jego wyglądu podczas śniadania, ale chyba byłam zbyt „podekscytowana” moim narzeczonym.
-Co Ty tu robisz?- pytam nieśmiało. Gimmiego traktuje dosyć neutralnie, nie nienawidzę go, ale też nie darzę go sympatią.
-Domyśliłem się, że nie będziesz chciała telefonować do rodziców, więc pomyślałem, że wpadnę.- powiedział patrząc oczami szczeniaka. Zdziwiło mnie co on tu robi, ale to, że chcę ze mną gadać wbiło mnie w tym wypadku w podłogę. –Wejdź-powiedziałam sucho.
Gdy tylko wszedł rzucił się na żelki truskawkowe, które leżały w małej miseczce obok łóżka. Łapczywie zaczął jeść, a ja spojrzałam na niego spod byka i mruknęłam –częstuj się, śmiało.
Siedzieliśmy w milczeniu, krzątałam się po pokoju, a Gimmy jadł żelki. Dopiero gdy skończył powiedział:-Wiele nas łączy. Może nie na zewnątrz, ale w środku jesteśmy podobni. Może nie wiesz, nikt o tym nie wie, nie w szkole, ale moja siostra zginęła w wypadku. Przepraszam, może nie powinienem mówić, ale myślę, że Tobie można powiedzieć, bo wiesz miałaś podobną sytuację a nawet gorszą.- mówi to pełen skruchy ale ja podświadomie czuje pogardę w tych słowach.
-Strasznie mi przykro nie wiem co powiedzieć, ale co masz namyśli mówiąc, że jesteśmy podobni?! –odpowiadam nieszczerze, bez jakiegokolwiek współczucia, bo za wszelką chcę się dowiedzieć o co mu chodzi.
Samolot zaczyna dziwnie drgać, wszystko zaczyna się trząść ale pomimo wszystko patrzę na jego dziwny i niezbyt zrozumiały dla mnie wyraz twarzy. – Dobrze wiesz co mam na myśli, coś co zdarzyło się nie tak dawno, coś co zmieniło Twoje życie, coś co spowodowało, że jesteś taka.-odpowiada chłodno.
Samolot zaczyna dziwnie wirować, a z korytarza dobiega głos syren. Gimmy ucieka gdzieś, a ja stoję jak wryta. –On chyba nie wie o tym , to niemożliwe. Nikt o tym nie wiedział, tylko rodzice, niee on nie wie że to zrobiłam! –krzyczę sama do siebie i wybucham płaczem-to nie realne, kto by mógł wiedzieć o tym, że zabiłam..- chcę dokończyć zdanie , ale rozlega się krzyk-spadochrony , łapcie spadochrony i uciekajcie.- to Keers wpada do pokoju i rzuca mi ciężką paczkę, otwieram ją gwałtownie i w tym samym momencie słyszę potężny wybuch.
Bo życie ulotnym jest
Wrak samolotu tli się w oddali. W ostatniej chwili zdążyłam wziąć spadochron i wyskoczyć z maszyny, która leciała prosto na śmierć. Leżę sama na lodzie, a klimat przypomina mi tundrę, przynajmniej tak mi się wydaje. Dookoła nie ma żadnych roślin, jedynie gdzieś w oddali rozciąga się iglasty las, po drugiej zaś stronie widzę morze lub ocean, wszystko jest pokryte lodem, a mróz dokucza mi niemiłosiernie. Spoglądam czy gdzieś jest ktoś z mojej załogi, nie było nikogo. Pewnie nikt nie przeżył.
Próbuje się podnieść ale każda próba wywołuje ogromny ból w biodrze. Nie wiem co robić. Pierwsze co myślę, to to że nie zdążyłam się z nikim pożegnać, na pewno umrę. Leżę nieruchomo zastanawiam się co robić. Modlę się, by ktoś przyszedł mi z pomocą. Z zimna moje całe ciało zaczyna dygotać, mam ochotę krzyczeć ale nawet tego nie mogę robić, bo ból gardła jest nie do zniesienia. Oszukuje samą siebie, że przeżyje, ale z każdą minutą słabnę. Ogromnym egoizmem jest z mojej strony to, że nawet nie myślę o załodze, ale bardziej teraz interesuje mnie moje życie niż czyjaś ocena mojego postępowania. Krew spływa mi po twarzy, najprawdopodobniej podczas upadku uderzyłam głową o twardy lód. Wiem, że muszę wstać i iść, wiem, że jeśli nie spróbuje to przepłacę to życiem. Delikatnie podnoszę się i usiadam. Mocno kręci mi się w głowie, czuję się jakbym zdobyła szczyt najwyższej góry. Ośmielam się wstać, chociaż sądzę że nogi nie udźwigną mojego ciała, szczególnie uszkodzone biodro. Delikatnie stawiam stopę, jakbym dopiero co uczyła się chodzić. Lekko kołysząc się na wszystkie strony stawiam drugą, tak krok za krokiem dążę w stronę lasu,myślę że tam mogą być zwierzęta, może wydawać się to ryzykowne, ale dochodzę do wniosku, że skoro są tam zwierzęta to i będą kłusownicy i może mi pomogą, jeżeli w ogóle tam ktoś mieszka.
Chociaż staram się skupić na tym co robie, to nie mogę przestać myśleć o moim życiu. Czy dobrze je przeżyłam? W głowie mam tysiące sytuacji tych dobrych, ale i też tych złych. Zastanawiam się czy jeszcze kiedyś spotkam moją rodzinę, przyjaciół, czy jeszcze kiedyś przekroczę progi szkoły? W końcu czuje ogromną złość i gniew do samej siebie za to, że zgodziłam się na tą wyprawę. Domyślałam się co bym robiła gdybym była w domu. Przez chwilę nawet uśmiechnęłam się ironicznie, bo zastanawiałam się jakim głupcem jak ja trzeba być, by zgodzić się na ucieczkę od problemów poprzez śmierć. Łzy same spływają po czerwonych policzkach. Ale nie są one tak czerwone jak zawsze, kiedy wręcz parzyły ogniem z zawstydzenia. Są lodowate, a czerwień ich jest zimna. Moje nogi są jakby z waty, idę coraz wolniej, w głowie czuję pulsujący ból. Powoli schylam się i biorę trochę śniegu, po czym przykładam go do głowy. Przez chwilę czuję ulgę, ale gorąca rana momentalnie stapia lód. Robię tak kilka razy, aż ból odrobinę się zmniejsza. Jestem już coraz bliżej lasu, czuję specyficzny zapach drzew pomieszany z wonią spalenizny, wydobywającej się z samolotu. Słabnę, a myśli kłębią się w głowie. Toczę dwie walki, jedną fizyczną by w tych warunkach, w tym ziąbie przeżyć, a drugą psychiczną by uwierzyć, że może mi się udać. Dolegliwość w biodrze jest już nie do zniesienia, płaczę ze złości i z bezsilności. Domyślam się, że nie mam zbyt dużego wpływu na to co się dzieje. Myślę o okropnym losie, który bawi się moim kosztem i sprawdza ile jeszcze wytrzymam. Chcę włożyć kawałek lodu do spodni by schłodzić choć trochę biodro, ale dochodzę do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu, gdyż nie potrzebnie stracę ciepłotę ciała, które i tak jest już mocno wyziębione. Idę dalej i mijałam pierwsze drzewa, w duchu mam ogromną nadzieję, że za lasem znajdę jakąś zamieszkaną przez tubylców chatę, że mi pomogą i że przeżyje. Ból skroni nie jest już pulsujący, ale czuję okropny ucisk w całej głowie. Świat dookoła wiruje, a ja razem z nim. Podtrzymuje się drzew, ale ręce i nogi tak mi drżą, że upadam raz za razem, raniąc o ostry lód moje dłonie, które i tak posiniały z zimna. Nie mogę już płakać, nie potrafię. W sercu czuję pustkę, zastanawiam się co dalej będzie. Po kolejnym upadku nie mam siły już wstać, siadam pod drzewem i wpatrzona w jakieś nieznane mi dotąd roślinę rozmyślam. Zastanawiam się czy ktokolwiek będzie wiedział, że przeżyłam katastrofę, ale umarłam w walce z naturą. Myślę dlaczego nasz samolot nie mógł rozbić się w jakimś mieście, wtedy zostałabym uratowana. Grube płatki śniegu opadały mi na włosy. Nagle w oddali widzę, że coś się rusza. Coś niedobrego dzieje się z moim wzrokiem, widzę różne plamki i kropki, ale to jest coś innego. W pierwszej chwili wpada mi do głowy myśl, że to tygrys, albo jakiś inny groźny zwierz, którego nie raz widziałam w telewizji oglądając kanały przyrodnicze, ale to jest coś innego. Śmiało porusza się na dwóch nogach, choć lekko kulejąc, ma jaskrawe ubranie. To na pewno człowiek. Ale czy na tym odludziu ktokolwiek mógłby mieszkać? Z jednej strony czuję radość, z drugiej zastanawiam się czy to nie jest moje wyobrażenie. Człowiek podchodzi bliżej, a ja lepiej się mu przyjrzałam . Ma na sobie żółte spodnie i koszule a na niej kurtkę, to same ubrania co przy śniadaniu. To Gimmy.
W tej samej chwili słyszę potężny huk w głowie, jakby coś w niej pękło. Ból jest nie zniesienia, cicho jękam swoim piskliwym głosem, ostatnie co myślę to to że to koniec, że nigdy już nie spróbuje tortu truskawkowego, nie napije się soku pomarańczowego, nie spotkam się z przyjaciółmi, nie przytulę rodziców i nie pokłócę się z bratem. Łza spływa mi po policzku, mdleje i osuwam się na ziemię. Zemdlałam, ale chyba nie umarłam.
Pożegnanie
Siedziałam w kuchni jedząc kanapkę z szynką i serem, sącząc sok pomarańczowy. Mama gdzieś w dokumentach szukała mojego paszportu. Duży plecak ze sztalugą stał przy drzwiach. Nareszcie wyjeżdżam do Brazylii. Moje marzenie się spełniło. Spoglądnęłam na zegarek była równo dziewiąta, za godzinę będę miała samolot. To będą najlepsze wakacje, jakie mogłam sobie kiedykolwiek wyobrazić. Tato chodził po całym domu szukając swojej garderoby, którą zawsze szpulał gdziekolwiek, nasunął swoje czerwone dresy na masywne uda oraz naciągnął koszulkę z napisem „i`m lucky”. Wchodząc do kuchni jego oczy pojaśniały na widok gotowej kawy z expresu. Łapczywie wypił trzy łyki po którym zapytał:
-Kiedy wracasz?
-Przecież mówiłam Wam, że za trzy tygodnie.-wrednie pomruknęłam, chociaż wolałam powiedzieć to normalnie.
-To niedługo, chyba dasz sobie radę.-tato powiedział to troską, ale drocząc się ze mną
-Ojcze ja mam piętnaście lat.-zawsze tak mówiłam do niego.
-Ja nadal uważam, że ta wyprawa to zły pomysł. To, że wygrałaś ten konkurs i otrzymałaś ten bilet nie znaczy, tego że musisz jechać. Takie wycieczki są niebezpieczne. Później się okaże, że zamiast do Brazylii wywiozą Cię gdzieś, tyle się słyszy tego w telewizji.-wtrąciła się mama.
-Mamoo! Przestań , jadę i koniec. Za pół godziny mam być na lotnisku, więc komu w drogę temu czas.-Popatrzyłam w stronę taty i wstałam od stołu. Wsadziłam talerz i kubek do zmywarki. Podeszłam do mamy i mocno ją przytuliłam, czułam zapach jej perfum, lawendowo-fiołkowych, które zawsze kupowała w drogerii za rogiem. Popatrzyłam jej w oczy, które szkliły się od łez. Jej niebieskie tęczówki wydawały się piękniejsze niż zwykle, lśniły niczym diamenty. Nieraz wyjeżdżałam z domu, ale to pożegnanie było inne, niewiadomo dlaczego. Uśmiechnęłam się, a ona odwzajemniła mój uśmiech. Nie musiała nic mówić, wiedziałam o co chodziło „już tęsknie”. Wzięłam plecak i białą kurtkę ortalionową, która była nieoceniona podczas chłodu, bo zatrzymywała temperaturę ciała. Tato ruszył za mną. Otworzyłam drzwi i przekroczyłam próg, poczułam szczęście, nareszcie wyjeżdżałam.
W drodze na lotnisko, tato nic nie mówił, raptem coś napomniał o pogodzie, że mamy środek lata a siąpi deszcz.Zawsze tak mówił, mieszkamy w Danii już tyle lat, a on wciąż nie przyzwyczaił się do panującego tutaj klimatu. Wpatrywałam się w krople deszczu spływające po szybie. Byłam szczęśliwa, że wyjeżdżam. W końcu odpocznę od moich znajomych. Już nie mogłam ich znieść. Czułam się inna, oni żyli chwilą, mieli w nosie przyszłość, ciągle upijali się do nie przytomności, faceci prześcigali się w ilości dziewczyn, a dziewczyny bezmyślnie szukały swego księcia z bajki, który będzie grał na gitarze i mówił im, że będą wiecznie razem. Ja nikogo takiego nie potrzebowałam, uwielbiałam spędzać czas samotnie. Wyjazd do Brazylii był moją odskocznią, miałam tam odpocząć, nabrać sił, zmienić się, nabrać dystansu do siebie ale i do opinii ludzi, która była mi tak cenna. Moim celem było nauczyć się olewać ludzi. Nie przejmować się nimi. Auto zahamowała a ja oderwałam się od swoich przemyśleń. Tato wysadził mnie przed lotniskiem, wiedziałam gdzie iść, więc nie musiał mnie odprowadzać. Na pożegnanie przytulił mnie mocno i powiedział „będziemy tęsknić”. Choć na twarzy jego nie widniały jakieś szczególne emocje, to i tak czułam, że jest przygnębiony, że martwi się o mnie. Uścisnął mocno moją dłoń jakby chciał dać upust swoim uczuciom, a ja chwyciłam plecak i poszłam w stronę wejścia na lotnisko.
Gorzej być nie może a jednak
Gdy weszłam do głównego holu ogromnego lotniska, poczułam okropny zapach, wręcz odór. Zobaczyłam kilku bezdomnych, jeden ruszył w moją stronę. Jego twarz była czerwona, długie włosy i zarost o kolorze siwo-szarym były dziwnie podkręcone. Był ubrany w podarte spodnie i wymiętą, brudną koszule, W rękach, okropnie zaniedbanych, trzymał kartkę „zbieram na chleb”. Pomyślałam nie mam drobnych pieniędzy, ale mama zrobiła mi kanapki, dam mu. Spytawszy go czy nie zechciałby zjeść, z pogardą i śmiechem odpowiedział mi chamsko, że chcę kasę, a nie jakieś zepsute kanapki. Oczywiście nie dałam mu ani grosza, odwróciłam się czerwona ze złości i poszłam dalej.
W planie wycieczki, który dostałam było napisane, że mam się wstawić do kawiarni „Fleur »
koło bankomatu o 10, była dopiero 9 :38, więc powoli szłam w kierunku knajpki. Podziwiałam oszklony z każdej strony budynek. W samym centrum portu stała ogromna fontanna, która rozbryzgiwała wodę o różnej barwie w każdą stronę. Kawałek dalej stał clown, który rozweselał dzieci czekące na rodziców, którzy załatwiali jakieś formalności. Nigdy nie byłam w tym miejscu, z zewnątrz wyglądało na takie surowe, zimne. Było zupełnie inaczej , tętniło w nim życie. Zobaczyłam wielki szyld « Fleur- café « . Z każdym krokiem moje emocje rosły, do końca nie wiedziałam kto z nauczycieli będzie moim opiekunem, czy to będzie pani Roliend, czy pani Kistarss, a może sam dyrektor naszej szkoły.Nie wiedziałam też, kim będą pozostali trzej faworyci konkursy, Powinno być ich dwóch skoro dwa miejsca ale z powodu ogromnej ilości uczestników miejsce nagrodzone były cztery. Wiem jedno, pojedzie z nami generalny szef rady nauczycielów i naczycielek naszego regionu-pani Streech. Słyszałam, że jest niezwykle wredną i surową osobą. Gdy weszłam do kawiarni nikogo nie było. Usiadłam przy stoliku i zamówiłam kawę bezkofeinową. Nagle w drzwiach stanęła pewna grupa ludzi. Na samym początku stał Pan Ricover- zastępca Streech. Poczułam uglę, ponieważ bardzo go lubiałam, często rozmawialiśmy podczas przerw konkursowych, udzielał mi porad związanych z nauką. Zaraz zanim szedł, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu pan Keers, mój znienawidzony nauczyciel chemii. Zawsze był taki chamski wobec uczniów, w żaden spósób nikt nie mógł się z nim dogatać, pomyślałam gorzej być nie może ale za nim szedł Peter- największy narcyz w naszej szkole, moje policzki płonęły ale kiedy zobaczyłam Rumusa-Gimmiego najbardziej nadętego chłopaka w szkole- zagotowały się i zaczęły parować. Chcialabym zobaczyć swoją minę kiedy na końcu pochodu zobaczyłam mojego najlepszego przyjaciela Nathana. Do tego dnia nie znaliśmy faworytów konkursu, po prostu każdy z nas dowiedział się, że wygrał ale nie wiedział o pozostałej trójce. Wszyscy staliśmy jak wryci, oni patrzyli na mnie, a ja na nich. Głupia myślałam, że pojedzie jakaś dziewczyna, ale to przecież był konkurs techniczny. Ja sama cudem wygrałam, bo podpatrywałam tatę jak naprawia róźne rzeczy i krząta się po garażu. Byłam okropnie zła, moje marzenia o wspaniałych, miłym wyjeździe wybiegły z mojej głowy z pędem strusia. Spędzę trzy tygodnie w gronie czterech facetów. Na początku widziałam same negatywy tej sytuacji, ale później doszłam do wniosku, że może to z nimi będzie mi lepiej, że z nimi odpocznę od tego wszystkiego ? Pan Ricower podszedł do mnie bliżej :
-Hej, to Ty zawsze dyskutowałaś ze mną na regionalnych konkursach ! Annie, prawda ?
-Tak, to ja.
-Moje rady nie poszły w las, w tym roku poszło Ci świetnie, gratuluję.- ścisnął moją dłoń i uśmiechnął się przyjaźnie. Spojrzałam na miny pozostałych, Nathan był zadowolony, że tutaj jestem z nimi, niestety reszta nie, mieli miny jakby chcieli mnie zabić, tylko nie wiedzieli jeszcze w jaki sposób.
Chyba to właśnie dopracowywali .
Czarna owca
Jesteście najlepsi w naszym regionie. Jesteście faworytami konkursu „creative and young engineers” W nagrodę Rada ufundowała Wam wycieczkę do Brazylii. Mamy pomysł, aby nie lecieć prosto do Brazylii, ale polecimy dłuższą trasą. Lecąc z Danii, skierujemy się na Północ, później w stronę Grenlandii oraz Arktyki, następnie miniemy biegun, a na samym końcu udamy się w stronę Ameryki Północnej i Brazylii. –objaśniał Ricover.
- To absurd, do cholery gdzie będziesz tankował samolot, a w razie jakiejkolwiek awarii? Co będziesz płakał? Kto wymyślił tą durnotę? Ty czy Twoi idiotyczni koledzy? –Keers czerwony ze złości zaczął krzyczeć , kiedy tylko otworzył swoją paszcze poczułam okropny zapach, chyba dawno nie mył zębów. Tak bardzo go nie lubiłam, robiłam wszystko na przekór niemu żeby choć trochę go wkurzyć.
-To świetny pomysł! Zwiedzimy tyle świata – krzyknęłam pod wpływem emocji i dopiero po chwili zorientowałam się co zrobiłam. Sama uważałam to za głupotę, tylko niepotrzebnie nadrobimy kilometry. Po moim ataku euforii Ricover uśmiechnął się triumfalnie, a Keers burknął, że jestem słodką idiotką.
-Wraz z waszym nauczycielem udamy się wypełnić dokumenty, a Wy poczekajcie tu sobie, poznajcie się bliżej w końcu spędzicie razem najbliższe tygodnie. –Mrugnął do mnie pobłażliwie i razem z tym śmierdzącym człowiekiem wyszli z restauracji i udali się w stronę fontanny.
Patrzyliśmy się na siebie, panowała cisza, nawet Nathan się do mnie nie uśmiechał. Peter w obrzydliwy sposób mi się przyglądał, nienawidziłam tego wzroku, z góry do dołu oceniał każdy detal mego ciała. Kelnerka przyniosła kawę Gimmiemu, położyła ostrożnie, chyba wyczuwała napięcie jakie wytworzyło się między nami i szybko odeszła . Nazywała się Katie, tak przynajmniej miała napisane na tabliczce przypiętej do jej czerwonej koszuli. Była śliczna, jej włosy spięte w koński kucyk z każdym jej ruchem falowały, to w prawo to w lewo. Katie była szczuplutką, wysoką dziewczyną. Strasznie przypominała mi moją przyjaciółke Anglie, wyglądała identycznie. W tym momencie zatęskniłam za jej małomównością, za jej mową, była taka inna wśród tych okropnych rówieśników, Lubiałam ją.
-Więc wyjeżdżamy razem na trzy tygodnie ? Jak wrażenia ? Co sądzicie o tym pomyśle z dłuższą podróżą ?-Nathan nieśmiało przerwał niezręczną ciszę.
-Zamknij się głupku, jakbym mógł to bym Ci przywalił, ale Keers mi zabronił, żeby nie było afery-warknął Peter
-Ty jakże niemądry człowieku. Jak śmiesz tak zwracać się do niego ? Myślisz, że jesteś lepszy ? Nie znasz go, więc nie oceniaj ! Radzę Ci być czujnym, bo z miłą chęcią Cię uduszę, gdy tylko nadarzy mi się taka okazji .Uwierz mi ja nie mam skrupółów, ani się niczego nie boję !-krzyknęłam to prosto w twarz Petera.Nathan poczerwieniał a Gimmy podskoczył ze zdziwienia.
-Ty głupia dziewczyno, zaraz pożałujesz. Nikt Cię nie rozpozna ! –chłopak chwycił kubek gorącej kawy i już chciał mnie oblać, kiedy to Gimmy wstał i trącił filiżankę dzięki czemu upadła na podłogę i rozstarzskała się kawałki.
-Uspokój się. –powiedział łągodnie do Petera.
Awanturnik spojrzał na Nathana, Gimmiego i na mnie. Kopnął kawałki porcelany i wyszedł z restauracji.
-To idiota, narcyz, który ma problemy z agresją. Nie przejmuj się- Gimmy zwrócił się do mnie życzliwie. W tym samym momencie do kawiarni wpadł Ricover i powiedział lekko zdyszany : – o widzę, że sięjuż poznaliście, to dobrze idziemy do samolotu.
Popatrzyliśmy się na siebie i cicho wstaliśmy od stołu, Gimmy zapłacił za swoją kawę i odeszliśmy.
Zaczynała się moja wielka przygoda, zaczynała się moja wyprawa życia.
Leżę w bawełnianej, ciepłej pościeli, w małym ale przyjaznym pokoju. Dopiero co wzięłam prysznic w mojej własnej łazience. Jestem już na podkładzie samolotu. Kobiety i mężczyźni mają osobne kabiny, a ponieważ jestem sama to miałam własne lokum, chłopcy gnieżdżą i się w trójkę, zaś Keers i Rover mają własny pokój oczywiście lepiej wyposażony niż nasze. Zastanawiałam się co teraz robią rodzice, czułam, że tęsknie, ale nie za rodziną tylko za domem, za moim pokojem w którym mogłam schować się przed światem i snuć myśli o zbombardowaniu niejednej rzeczy na tym ogromnym świecie. Uwielbiałam siadać w fotelu i zaczepiać mojego śnieżnobiałego kota, wtedy miałam w nosie wszystko i wszystkich, liczyłam się tylko ja i moje myśli. Tutaj nie mogę się tak poczuć, choć jestem sama w pokoju i jedynie kamery obserwują co robię, to i tak nie czuję się zbyt pewnie, nie mogę się na niczym skupić, ale spać też nie mogę. Zrywam się słysząc pukanie do drzwi. To Nathan, jest przygnębiony, jego proste, lekko długie, blond włosy wpadają do ogromnych jasno zielonych oczu. Nie lubię zielonych, są takie żabie, ale jego były inne takie… prawdziwe o głębokim spojrzeniu.
-Też nie możesz spać?- pyta przyjaźnie, ale słyszę, że coś nie tak. Chłopak siada na skrawku łóżka i wlepia ślepia w drzwi do łazienki-Ale Ci fajnie, że masz własną łazienkę. Myślałem, że dzisiaj się nie wykąpie, najpierw ten laluś poszedł się kąpać i chyba siedział godzinę, a później Gimmy ale do niego akurat nic nie mam.
-Nic nie masz? -pytam podirytowana-to że raz się wstawił za Tobą oznacza, że jest Twoim przyjacielem? Przestań, pewnie się kolegują z Peterem i po prostu bał się, że nakablujemy do Ricovera, dlatego go powstrzymał.
-Myślisz? Nie wydaję mi się. W sumie to nie bronił mnie, tylko Ciebie nie wiadomo dlaczego. Od razu go nie uwielbiam, ale uważam że jest w porządku. Ale ciekawe czy Narcyz się tak straszył tylko, czy prędzej na siebie wylałby tą kawę. Jak myślisz odważyłby się ? Czy natychmiast poleciał do Keersa?-Nathan pyta, a ja rzucam mu zabójcze spojrzenie i oboje wybuchamy śmiechem. Peter nie odważyłby się wylać na mnie tej kawy, bałby się konsekwencji, ale w mordce to jest mocny. Cóż …
-Coś się stało?-po chwili ciszy pyta przyjaciel
-Właśnie nie wiem, tak się cieszyłam na ten wyjazd, a teraz tak jakoś zachciało mi się wracać.
-Mam tak samo, to chyba przez zmęczenie.- Nathan przytula mnie mocno i pyta-Idziemy spać?-Kiwam głową i wtulona w niego zasnęłam. Byliśmy tylko przyjaciółmi, nikim więcej i obydwoje dobrze o tym wiedzieliśmy.
Rano budzi mnie trzask stłuczonego szkła, leżę z Nathanem, ale nie już w takiej pozycji w jakiej zasypialiśmy. Nathan odwrócony w stronę okno, z otwartymi ustami głośno chrapie. Przebudza się dopiero kiedy do pokoju wpada Peter.
-O gołąbeczki już gruchają sobie, jejku jakie to romantyczne. Ciekawe czy jeśli zabiłbym Was oboje to pochowaliby by Was jako parę czy osobno- mówi po czym zamyka drzwi i krzyczy na korytarzu-uważaj Annie byś czasem nie spodziewała się potomka.
Nikt nie bd wiedział
Wchodzę do jadalni ubrana w szare satynowe spodnie i długi zgnito zielony sweter. Rozglądam się za Nathanem, ponieważ wstał szybciej, jednakże nie widzę go. W pokoju są już wszyscy prócz niego, oczywiście każdy na mój widok ironicznie uśmiecha się i szepcze coś do osoby siedzącej obok. Biorę głęboki oddech podchodzę do stołu i biorę kromkę ciemnego pieczywa, na nią kładę sałatę i szynkę i nagle Keers mówi szyderczo:
-Złociutka, jak chciałaś pokój dwuosobowy to trzeba było rzucić hasło, teraz bardzo mi przykro ale będziesz musiała spać sama bez swojego narzeczonego.-spogląda na mnie i uśmiecha się.
-Ależ nie trzeba, to było tylko chwilowe załamanie. Nie możemy spać w jednym łózku, jesteśmy tylko narzeczonymi!- ostatnie słowo mocno akcentuje i uśmiecham się serdecznie, choć w głębi serca mam ochotę wbić mu widelec w nogę.
-O idzie nasz drugi zakochaniec- Peter uśmiecha się od ucha do ucha na widok Nathana.
-Dzień Dobry wszystkim-mówi bez zastanowienia i usiada obok mnie całując mój policzek. Jemy w ciszy, jedynie Keers coś gdera o okropnych warunkach w samolocie, jakby robiło mu to jakąkolwiek różnicę, przecież i tak się nie umył. Po śniadaniu możemy iść do sali rozrywek, są tam komputery, płaski telewizor taki jaki chciałaym mieć w domu i telefony, jeżeli ktoś chce zadzwonić do rodziny, ale ja jakoś nie palę się do tego, do rodziców zadzwonię jak będę na miejscu, a przyjaciela mam obok. Ruszam w stronę pokoju, przechodzę przez metalowy, ale gustowny wąski korytarz. Przez małe okienka widzę łuny błękitu widocznie lecimy nad jakimś morzem lub oceanem ale w jakiś w szczególny sposób nie wgłębiam się w to gdzie jesteśmy i idę dalej. Niezbyt komfortowo czuje się tu na podkładzie, to przestrzeń zamknięta, wiem, że nie miałabym gdzie uciec w razie niebezpieczeństwa. W domu jest zupełnie inaczej w każdym momencie mogę otworzyć furtkę i zacząć biec ile sił w płucach, tutaj to rozwiązanie jest niemożliwe, otwierając drzwi mój krok skończył się upadkiem z jakiś tysiąca metrów do lodowatej wody, dlatego w ostateczności jestem w stanie wytrzymać ten dyskomfort. Dochodzę do drzwi i widzę Gimmiego, wygląda inaczej nie jest ubrany w jakieś wymyślne ubrania jak zawsze, wręcz odwrotnie, ma na sobie zwykły wyciągnięty brązowy sweter i jakieś stare jeansy. Jego fryzura, a raczej jej brak odrobinę mnie bawi i lekko uśmiecham się do niego. Wiecznie ułożone, nażelowane w lekki irokez kruczo czarne włosy są potargane na każdą stronę. Dziwię się, że nie zauważyłam jego wyglądu podczas śniadania, ale chyba byłam zbyt „podekscytowana” moim narzeczonym.
-Co Ty tu robisz?- pytam nieśmiało. Gimmiego traktuje dosyć neutralnie, nie nienawidzę go, ale też nie darzę go sympatią.
-Domyśliłem się, że nie będziesz chciała telefonować do rodziców, więc pomyślałem, że wpadnę.- powiedział patrząc oczami szczeniaka. Zdziwiło mnie co on tu robi, ale to, że chcę ze mną gadać wbiło mnie w tym wypadku w podłogę. –Wejdź-powiedziałam sucho.
Gdy tylko wszedł rzucił się na żelki truskawkowe, które leżały w małej miseczce obok łóżka. Łapczywie zaczął jeść, a ja spojrzałam na niego spod byka i mruknęłam –częstuj się, śmiało.
Siedzieliśmy w milczeniu, krzątałam się po pokoju, a Gimmy jadł żelki. Dopiero gdy skończył powiedział:-Wiele nas łączy. Może nie na zewnątrz, ale w środku jesteśmy podobni. Może nie wiesz, nikt o tym nie wie, nie w szkole, ale moja siostra zginęła w wypadku. Przepraszam, może nie powinienem mówić, ale myślę, że Tobie można powiedzieć, bo wiesz miałaś podobną sytuację a nawet gorszą.- mówi to pełen skruchy ale ja podświadomie czuje pogardę w tych słowach.
-Strasznie mi przykro nie wiem co powiedzieć, ale co masz namyśli mówiąc, że jesteśmy podobni?! –odpowiadam nieszczerze, bez jakiegokolwiek współczucia, bo za wszelką chcę się dowiedzieć o co mu chodzi.
Samolot zaczyna dziwnie drgać, wszystko zaczyna się trząść ale pomimo wszystko patrzę na jego dziwny i niezbyt zrozumiały dla mnie wyraz twarzy. – Dobrze wiesz co mam na myśli, coś co zdarzyło się nie tak dawno, coś co zmieniło Twoje życie, coś co spowodowało, że jesteś taka.-odpowiada chłodno.
Samolot zaczyna dziwnie wirować, a z korytarza dobiega głos syren. Gimmy ucieka gdzieś, a ja stoję jak wryta. –On chyba nie wie o tym , to niemożliwe. Nikt o tym nie wiedział, tylko rodzice, niee on nie wie że to zrobiłam! –krzyczę sama do siebie i wybucham płaczem-to nie realne, kto by mógł wiedzieć o tym, że zabiłam..- chcę dokończyć zdanie , ale rozlega się krzyk-spadochrony , łapcie spadochrony i uciekajcie.- to Keers wpada do pokoju i rzuca mi ciężką paczkę, otwieram ją gwałtownie i w tym samym momencie słyszę potężny wybuch.
Bo życie ulotnym jest
Wrak samolotu tli się w oddali. W ostatniej chwili zdążyłam wziąć spadochron i wyskoczyć z maszyny, która leciała prosto na śmierć. Leżę sama na lodzie, a klimat przypomina mi tundrę, przynajmniej tak mi się wydaje. Dookoła nie ma żadnych roślin, jedynie gdzieś w oddali rozciąga się iglasty las, po drugiej zaś stronie widzę morze lub ocean, wszystko jest pokryte lodem, a mróz dokucza mi niemiłosiernie. Spoglądam czy gdzieś jest ktoś z mojej załogi, nie było nikogo. Pewnie nikt nie przeżył.
Próbuje się podnieść ale każda próba wywołuje ogromny ból w biodrze. Nie wiem co robić. Pierwsze co myślę, to to że nie zdążyłam się z nikim pożegnać, na pewno umrę. Leżę nieruchomo zastanawiam się co robić. Modlę się, by ktoś przyszedł mi z pomocą. Z zimna moje całe ciało zaczyna dygotać, mam ochotę krzyczeć ale nawet tego nie mogę robić, bo ból gardła jest nie do zniesienia. Oszukuje samą siebie, że przeżyje, ale z każdą minutą słabnę. Ogromnym egoizmem jest z mojej strony to, że nawet nie myślę o załodze, ale bardziej teraz interesuje mnie moje życie niż czyjaś ocena mojego postępowania. Krew spływa mi po twarzy, najprawdopodobniej podczas upadku uderzyłam głową o twardy lód. Wiem, że muszę wstać i iść, wiem, że jeśli nie spróbuje to przepłacę to życiem. Delikatnie podnoszę się i usiadam. Mocno kręci mi się w głowie, czuję się jakbym zdobyła szczyt najwyższej góry. Ośmielam się wstać, chociaż sądzę że nogi nie udźwigną mojego ciała, szczególnie uszkodzone biodro. Delikatnie stawiam stopę, jakbym dopiero co uczyła się chodzić. Lekko kołysząc się na wszystkie strony stawiam drugą, tak krok za krokiem dążę w stronę lasu,myślę że tam mogą być zwierzęta, może wydawać się to ryzykowne, ale dochodzę do wniosku, że skoro są tam zwierzęta to i będą kłusownicy i może mi pomogą, jeżeli w ogóle tam ktoś mieszka.
Chociaż staram się skupić na tym co robie, to nie mogę przestać myśleć o moim życiu. Czy dobrze je przeżyłam? W głowie mam tysiące sytuacji tych dobrych, ale i też tych złych. Zastanawiam się czy jeszcze kiedyś spotkam moją rodzinę, przyjaciół, czy jeszcze kiedyś przekroczę progi szkoły? W końcu czuje ogromną złość i gniew do samej siebie za to, że zgodziłam się na tą wyprawę. Domyślałam się co bym robiła gdybym była w domu. Przez chwilę nawet uśmiechnęłam się ironicznie, bo zastanawiałam się jakim głupcem jak ja trzeba być, by zgodzić się na ucieczkę od problemów poprzez śmierć. Łzy same spływają po czerwonych policzkach. Ale nie są one tak czerwone jak zawsze, kiedy wręcz parzyły ogniem z zawstydzenia. Są lodowate, a czerwień ich jest zimna. Moje nogi są jakby z waty, idę coraz wolniej, w głowie czuję pulsujący ból. Powoli schylam się i biorę trochę śniegu, po czym przykładam go do głowy. Przez chwilę czuję ulgę, ale gorąca rana momentalnie stapia lód. Robię tak kilka razy, aż ból odrobinę się zmniejsza. Jestem już coraz bliżej lasu, czuję specyficzny zapach drzew pomieszany z wonią spalenizny, wydobywającej się z samolotu. Słabnę, a myśli kłębią się w głowie. Toczę dwie walki, jedną fizyczną by w tych warunkach, w tym ziąbie przeżyć, a drugą psychiczną by uwierzyć, że może mi się udać. Dolegliwość w biodrze jest już nie do zniesienia, płaczę ze złości i z bezsilności. Domyślam się, że nie mam zbyt dużego wpływu na to co się dzieje. Myślę o okropnym losie, który bawi się moim kosztem i sprawdza ile jeszcze wytrzymam. Chcę włożyć kawałek lodu do spodni by schłodzić choć trochę biodro, ale dochodzę do wniosku, że nie ma to najmniejszego sensu, gdyż nie potrzebnie stracę ciepłotę ciała, które i tak jest już mocno wyziębione. Idę dalej i mijałam pierwsze drzewa, w duchu mam ogromną nadzieję, że za lasem znajdę jakąś zamieszkaną przez tubylców chatę, że mi pomogą i że przeżyje. Ból skroni nie jest już pulsujący, ale czuję okropny ucisk w całej głowie. Świat dookoła wiruje, a ja razem z nim. Podtrzymuje się drzew, ale ręce i nogi tak mi drżą, że upadam raz za razem, raniąc o ostry lód moje dłonie, które i tak posiniały z zimna. Nie mogę już płakać, nie potrafię. W sercu czuję pustkę, zastanawiam się co dalej będzie. Po kolejnym upadku nie mam siły już wstać, siadam pod drzewem i wpatrzona w jakieś nieznane mi dotąd roślinę rozmyślam. Zastanawiam się czy ktokolwiek będzie wiedział, że przeżyłam katastrofę, ale umarłam w walce z naturą. Myślę dlaczego nasz samolot nie mógł rozbić się w jakimś mieście, wtedy zostałabym uratowana. Grube płatki śniegu opadały mi na włosy. Nagle w oddali widzę, że coś się rusza. Coś niedobrego dzieje się z moim wzrokiem, widzę różne plamki i kropki, ale to jest coś innego. W pierwszej chwili wpada mi do głowy myśl, że to tygrys, albo jakiś inny groźny zwierz, którego nie raz widziałam w telewizji oglądając kanały przyrodnicze, ale to jest coś innego. Śmiało porusza się na dwóch nogach, choć lekko kulejąc, ma jaskrawe ubranie. To na pewno człowiek. Ale czy na tym odludziu ktokolwiek mógłby mieszkać? Z jednej strony czuję radość, z drugiej zastanawiam się czy to nie jest moje wyobrażenie. Człowiek podchodzi bliżej, a ja lepiej się mu przyjrzałam . Ma na sobie żółte spodnie i koszule a na niej kurtkę, to same ubrania co przy śniadaniu. To Gimmy.
W tej samej chwili słyszę potężny huk w głowie, jakby coś w niej pękło. Ból jest nie zniesienia, cicho jękam swoim piskliwym głosem, ostatnie co myślę to to że to koniec, że nigdy już nie spróbuje tortu truskawkowego, nie napije się soku pomarańczowego, nie spotkam się z przyjaciółmi, nie przytulę rodziców i nie pokłócę się z bratem. Łza spływa mi po policzku, mdleje i osuwam się na ziemię. Zemdlałam, ale chyba nie umarłam.