Jest to koszmar, ale tak szczegółowy, że zapamiętałam go bardzo dokładnie. Znajdowałam się w ogromnym kościele (nie katolickim), który swą budową przypominał zamek, ale była to jakaś świątynia. Miała grube, ciemne mury i była niezwykle wysoka. Niebo miało kolor zszarzałej bieli. Budynek otaczała fosa. W świątyni tej odbywała się jakaś msza i na ołtarzu składano krwawe ofiary (czyżby z ludzi?). Stali tam również moi rodzice i wraz ze wszystkimi ludźmi powtarzali jak zombiee jakąś modlitwę w dziwnym języku. Kazałam im opuścić kościół, ale oni nie chcieli, kazali mi zostać. Wybiegłam z niego i postanowiłam poczekać na nich przed świątynią. Okazało się, że tuż obok są jakieś stragany i z ciekawości poszłam w ich stronę.
Były tam naszywki różnych zespołów rockowych. Obejrzałam je i poszłam dalej. W ścianie świątyni był ziejący czernią otwór bez drzwi. Była obok tabliczka ,,trwały oczyszczacz z grzechów" <?> (tak, czytam we śnie). No i sobie pomyślałam, co mi tam - praktyczna rzecz. I niestety weszłam.
Wszystkie dźwięki nagle ucichły, zrobiło się ciemno. Przede mną znajdowały się stare, metalowe drzwi windy. Wcisnęłam guzik i weszłam. Po wejściu do środka zaczęłam szybko spadać w dół, tracić poczucie własnego ciała. Winda się rozpłynęła, otoczyła mnie gęsta, ale i bezkresna ciemność. Zdałam sobie wtedy sprawę, że opuściłam swoje ciało (we śnie tak myślałam). I wtedy nastąpiło chyba najgorsze uczucie jakiego kiedykolwiek doznałam. Wyobraź sobie, że macie lodowate dreszcze i taki niemożliwy wręcz lód zalewa całe wasze ciało. Był to strach nie do opisania. Otaczały mnie duchy z dziwnego dymu, które zbliżyły się do mnie, wydały z siebie straszliwy wrzask i rozpłynęły się w ciemności. Wróciłam do siebie, wyszłam stamtąd dziwnie roztrzęsiona.
Znalazłam wnękę w murze, na ziemi rosła zielona trawa. Znajdowała się tam osoba w bieli. Pobiegłam do niej i powiedziałam co się stało. Była bardzo spokojna, medytowała ze skrzyżowanymi nogami. Kazała mi usiąść tak obok siebie i zaczęła wszystko wyjaśniać. Zalał mnie spokój, nie pamiętam niestety, co do mnie mówiła.
Wróciłam po rodziców, byli dziwnie otępiali po mszy w świątyni. Mój tata znalazł to czarne wejście i mimo mych próśb wszedł do środka. Kiedy wyszedł był jeszcze bardziej martwy i już nic nie mówił.
koniec.