Wierzę w Boga, a uzasadnieniem będzie moje świadectwo ;)
Nie wiem, do czego zacząć, najlepiej zacznę od początku. Pan Bóg, doświadczał mnie od początku mojego życia. Kłopoty rodzinne, schizofrenia mamy, trafiłem do babci, nie miałem kontaktu z tatą. 1999 rok - przeszedłem ciężką operację i już tutaj mogę zauważyć ingerencje Pana Boga w moim życiu. Gdyby nie on umarłbym. Miałem komplikacje, nie mogłem się dobudzić po niej, ale się wybudziłem, zaraz po operacji miałem ciężkie zapalenie płuc, prawie zmarłem, Bóg jednak chciał abym żył dalej. W 1 klasie szkoły podstawowej odnowiłem kontakt z tatą. Przypadek, zobaczyłem Go z balkonu jadącego do pracy, zaraz zbiegłem na dół. Widać Panu Bogu zależało abym odnowił kontakt z tatą. W 2 klasie zobaczyłem się z mamą, od momentu urodzenia widziałem się z nią może ze 3 razy. Byłem dobrym wnuczkiem i w ogóle. W końcu jak to w życiu bywa, w 5 klasie podstawówki odszedł mój ukochany dziadek, był dla mnie niczym tato. W końcu to dziadkowie mnie zaadaptowali. Ciężko to przeżyłem, podłamałem się, wpadłem w złe towarzystwo. Od tej pory totalnie oddaliłem się od Pana Boga. Zacząłem palić, kraść , zdarzało się palenie marihuany. Miewałem okresy kiedy znów przybliżałem się do Boga. Pamiętam to jak by było dzisiaj. 1 gimnazjum wakacje. Kolonia w Łebie, z Caritasu. W budynku była kapliczka, praktycznie cały czas się w niej modliłem. Jakoś tak po upływie 5 dni koloni, od tak z 15 osób z turnusu weszło do tej kapliczki i zaczęli się ze mną modlić różańcem. Cóż za wspaniałe przeżycie. Pomyślałem sobie że może zostanę księdzem. W dodatku ten kleryk co tam był, cały czas śmiał się ze mnie i mówił, chopie po maturce idź do seminarium bo baby są wredne. Śmiałem się z tego. No niestety nie trwało to długo. Po przyjeździe , znów to samo towarzystwo. Ucieczki z domu itd. Raz jak uciekłem, nie było mnie może z 2 dni w domu, byłem z kumplami na dworze, jakoś tak się rozdzieliśmy i jeden zadzwonił do babci i powiedział gdzie jestem. Sytuacja dobrze się zakończyła, Pan Jezus działa. No cóż, dalej było to złe towarzystwo, dalej się staczałem coraz bardziej. W 3 gimnazjum pojechałem do sanatorium. To było jakoś w lutym. Tam jak nie było moich znajomych, znów jakoś Jezus wszedł do mojego serca, na krótko bo na krótka ale znów mnie przyciągał do siebie i mówił Andrzej, przyjdź do mnie Kocham Cię. Jak tam byłem, wszyscy do mnie żartobliwie mówili ks. Andrzej. Było to miłe uczucie, choć trochu takie dziecinne. Po przyjeździe, znów się zaczęło, oddaliłem się od Pana Boga. Przyszła 1 liceum, niby nowa szkoła ale starzy znajomi. Jakoś w lutym przez czysty przypadek dowiedziałem się gdzie moja mama się znajduje. Siedziałem sobie na nk i taka Natalia mnie podglądała z Siemianic, nie daleko więc sobie pomyślałem ładnie wygląda to napiszę. Okazało się, że jest to córka brata moje mamy. Znów Pan Jezus zaingerował w moje życie, wreszcie dowiedziałem się gdzie jest moja ukochana mamusia. Odzyskałem z nią kontakt. Nie wiem czemu zdołowało mnie. Załamałem się. Przyszły wakacje, szpital połowę lipca, później pokłóciłem się z przyjaciółką w sumie to nie była przyjaźń bo tę relację budowałem na kłamstwie. Stwierdziłem ze nie ma miejsca dla mnie na tym świecie. Postanowiłem się zabić. Połknąłem tabletki, dużo tabletek popiłem piwem. Zadzwoniłem po przyjaciela chciałem tak o się z nim pożegnać. (Nie mówiłem mu o tym co zrobiłem). Powiedział że nie chce mu się wychodzić, to okey. I coś go tchnęło , że przyszedł ,gdyby nie on umarłbym. Teraz wiem że to coś to był Jezus. Drugi raz uratował mi życie. Zawieźli mnie do szpitala. Po wszystkich rutynowych czynnościach leżąc w łóżku pod dwoma kroplówkami ledwo żywy coś koło 1 w nocy, przyszła pani doktor. Jest strasznie wierzącą osobą, należy do Wspólnoty rodzin MAMRE. I się pyta czy wierzę w Boga, że Bóg jest miłością i wgl. W tedy uważałem to za brednie. Powiedziałem ze nie. Poprosiła mnie o nr telefonu, tak na odczepne podałem. Później było sanatorium. Znów na krótko Jezus zapukał do moich drzwi. Jakoś tak wyszło ze poszedłem się wyspowiadać i nawet bylem na plebani i rozmawiałem z proboszczem kościółka w Kudowie Zdroju. Chodziłem na mszę. Cóż skończyło się sanatorium, zaczęła się nauka i towarzystwo, znów zapomniałem o Bogu. I tak do października, w październiku zadzwoniła do mnie Pani doktor czy nie jadę do Częstochowy na mszę, stwierdziłem, że fajnie coś nowego zobaczyć i pojechałem. Tam jak zobaczyłem ludzi, którzy padali podczas modlitw wstawienniczych i czego nie zapomnę do końca jak pewien pan upadł i zaczął się wydzierać, że mają nie wymawiać imienia Jezusa, zaraz zbiegło się więcej księży i ksiądz Cyran egzorcysta. Coś we mnie drgnęło, zacząłem się bać, ale to też nie na długo, aż w końcu w listopadzie. Źle się poczułem w szkole i się zwolniłem. Akuratnie napatoczył się nasz kochany ksiądz Piotr . Odwiózł mnie do domu i "bezczelnie" wprosił się na kawę bo chciał poznać moją bacie. Myślę, że Jezus mi Go dał abym mógł na nowo uwierzyć. Od tamtej pory choć naprawdę jest różnie, staram się trwać przy Panu Bogu. Wiem że On mnie kocha. Widzę to jak bombarduje mnie dowodami, swojej miłości. ;)