Witam wszystkich b.serdecznie, Jestem nowy...
D
Docandi189 pkt
648 wyświetleń
na forum, borykam się z problemem - wszystkim nam znanym - z nieśmiałością i szczerze to zawsze mam już tego dość, lecz... powoli rozumiem fakt że jestem osobą niezaradną życiowo, co z tego że skończyłam szkołę, skoro nie potrafię znaleźć pracy, a jeśli już coś znajdę, to dostaję cykora że nie dam sobie rady i nie finalizuję otrzymanej oferty. Jestem osobą otwartą na świat, jednak nie potrafię podtrzymywać relacji z ludźmi (szczególnie z dziewczynami które mi - i ja im - się podobają. Lęk że to może nie TA, więc nie chcę jej ranić - często bez słów na ten temat, kontakt urywa się ), nie wiem o czym z nimi rozmawiać. Nie wiem już co mam ze sobą zrobić, przecież tak nie da się żyć..sam nie potrafię o siebie zadbać choć tak bardzo się staram, że Bóg mi świadkiem!
W grupie, już znanych osób potrafię się odnaleźć, inicjować realizację fajnych pomysłów ale w spotkaniu 1:1 mimo prób, pogrążam się. Jestem łagodny, spokojny i grzeczny, ludzie to widzą i wykorzystują, ;( przez co zawsze jestem traktowany jako słabszy, nie dający sobie rady. Nie potrafię udowodnić że jest inaczej bo stres, zmieszanie tylko to potwierdza. Zawsze coś upuszczę, pomylę, zrobię nie tak jak trzeba...
Moja samoocena jest bardzo niska, choć w dzieciństwie byłem chwalony, liczono się z moim zdaniem, było skupienie uwagi na mojej osobie. Są we mnie duże pokłady niechęci, zarówno do ludzi - zwłaszcza rzymsko-katolików - którzy jawią się jako osoby konserwatywne które liczą się tylko ze swoja rodziną bądź znajomymi nie bacząc na ludzi o odmiennych poglądach/wyznaniach. Staram się na udoskonalanie samego siebie i wiedzy, lecz od roku nie potrafię się zmobilizować. Może jestem błędem wszechświata? Nie wiem, ale nie marnuję czasu poświęcając się wolontaryjnie na ochotnika. Coś we mnie ostatnio pękło, stąd też moja obecność na forum, czuje potrzebę porozmawiania o tym..
Chciałbym zmienić w sobie praktycznie wszystko, wiem, że to co teraz piszę jest użalaniem się nad sobą, ale inaczej się nie da.. Trochę już żyję na tym świecie i dochodzę do wniosku, że zamknięcie się na innych i na świat nie bierze się z niczego. W moim przypadku źródłem jest pewnie dziecięca miłość, gdy jeszcze nie potrafiłem rozpoznać tego uczucia, lecz gdy spędzać czas wspólnie z ulubioną koleżanką (opowiadając dość erotyczne dowcipy jak na nasz wiek ), jednak nie byłem się w stanie przemóc żeby zaproponować 'chodzenie ze sobą', a potem już tylko gorzej... Kontakt zanikł, miłość pozostała - poszukiwałem jej odbicia w innych lecz na nic się to nie zdało. Dziś już jej nie pamiętam, pozostały wspomnienia odczuć których wtedy nie znałem. I cokolwiek by się w moim życiu nie działo to ciągnie się za mną ..Ale to jest tylko moje zdanie..
W ogóle w siebie nie wierze, wydaje mi się że mało potrafię (a na pewno pozostali lepiej niż ja), czasem jestem w stanie uwierzyć że jestem coś warty i umiem dobrze wykonać jakąś czynność to wszystko i tak na nic, bo jak przychodzi mi się zmierzyć z jakimś problemem znów jestem ta samą nieporadna osobą. Niby mam poczucie humoru (dystans do siebie), potrafię zauważać dowcip różnych śmiesznych sytuacji których doświadczam lecz ostatecznie pozostaję wrażliwy i łatwo podatny na ludzkie złe słowa. :[ Nie mam już pomysłu na siebie..to nie życie przecież, prawda?
Analizuję wszystko po kolei i tylko się dołuje. Moja sytuacja finansowa niestety jest beznadziejna, oszczędności już dawno się skończyły, jestem na utrzymaniu rodziców a to co dostaje od nich starcza mi tylko na najważniejsze potrzeby, o przyjemnościach mogę zapomnieć. I zamiast iść do przodu i się rozwijać, stojąc w miejscu się cofam choć o sposobach poszukiwania ofert pracy, pisania CV, listów motywacyjnych czy zachowania na rozmowach kwalifikacyjnych mógłbym napisać książkę (kiedyś się zdecyduję, ale jedna- przewodnik turystyczny, jeszcze nie skończona). Nie umiem jak inni - sprzedać siebie, się intelektualnie prostytuować, chcę być człowiekiem zasad, uczciwym (stąd też zainteresowanie dziennikarstwem obywatelskim aby tropić nieuczciwości - doszedłem nawet do stopnia reportera, ale cóż z tego jak nie mam jak tego rozwijać). A jestem osobą ambitną, co gorsza w tej sytuacji. Kopnąć w kalendarz?
Pozdrawiam, =)
W grupie, już znanych osób potrafię się odnaleźć, inicjować realizację fajnych pomysłów ale w spotkaniu 1:1 mimo prób, pogrążam się. Jestem łagodny, spokojny i grzeczny, ludzie to widzą i wykorzystują, ;( przez co zawsze jestem traktowany jako słabszy, nie dający sobie rady. Nie potrafię udowodnić że jest inaczej bo stres, zmieszanie tylko to potwierdza. Zawsze coś upuszczę, pomylę, zrobię nie tak jak trzeba...
Moja samoocena jest bardzo niska, choć w dzieciństwie byłem chwalony, liczono się z moim zdaniem, było skupienie uwagi na mojej osobie. Są we mnie duże pokłady niechęci, zarówno do ludzi - zwłaszcza rzymsko-katolików - którzy jawią się jako osoby konserwatywne które liczą się tylko ze swoja rodziną bądź znajomymi nie bacząc na ludzi o odmiennych poglądach/wyznaniach. Staram się na udoskonalanie samego siebie i wiedzy, lecz od roku nie potrafię się zmobilizować. Może jestem błędem wszechświata? Nie wiem, ale nie marnuję czasu poświęcając się wolontaryjnie na ochotnika. Coś we mnie ostatnio pękło, stąd też moja obecność na forum, czuje potrzebę porozmawiania o tym..
Chciałbym zmienić w sobie praktycznie wszystko, wiem, że to co teraz piszę jest użalaniem się nad sobą, ale inaczej się nie da.. Trochę już żyję na tym świecie i dochodzę do wniosku, że zamknięcie się na innych i na świat nie bierze się z niczego. W moim przypadku źródłem jest pewnie dziecięca miłość, gdy jeszcze nie potrafiłem rozpoznać tego uczucia, lecz gdy spędzać czas wspólnie z ulubioną koleżanką (opowiadając dość erotyczne dowcipy jak na nasz wiek ), jednak nie byłem się w stanie przemóc żeby zaproponować 'chodzenie ze sobą', a potem już tylko gorzej... Kontakt zanikł, miłość pozostała - poszukiwałem jej odbicia w innych lecz na nic się to nie zdało. Dziś już jej nie pamiętam, pozostały wspomnienia odczuć których wtedy nie znałem. I cokolwiek by się w moim życiu nie działo to ciągnie się za mną ..Ale to jest tylko moje zdanie..
W ogóle w siebie nie wierze, wydaje mi się że mało potrafię (a na pewno pozostali lepiej niż ja), czasem jestem w stanie uwierzyć że jestem coś warty i umiem dobrze wykonać jakąś czynność to wszystko i tak na nic, bo jak przychodzi mi się zmierzyć z jakimś problemem znów jestem ta samą nieporadna osobą. Niby mam poczucie humoru (dystans do siebie), potrafię zauważać dowcip różnych śmiesznych sytuacji których doświadczam lecz ostatecznie pozostaję wrażliwy i łatwo podatny na ludzkie złe słowa. :[ Nie mam już pomysłu na siebie..to nie życie przecież, prawda?
Analizuję wszystko po kolei i tylko się dołuje. Moja sytuacja finansowa niestety jest beznadziejna, oszczędności już dawno się skończyły, jestem na utrzymaniu rodziców a to co dostaje od nich starcza mi tylko na najważniejsze potrzeby, o przyjemnościach mogę zapomnieć. I zamiast iść do przodu i się rozwijać, stojąc w miejscu się cofam choć o sposobach poszukiwania ofert pracy, pisania CV, listów motywacyjnych czy zachowania na rozmowach kwalifikacyjnych mógłbym napisać książkę (kiedyś się zdecyduję, ale jedna- przewodnik turystyczny, jeszcze nie skończona). Nie umiem jak inni - sprzedać siebie, się intelektualnie prostytuować, chcę być człowiekiem zasad, uczciwym (stąd też zainteresowanie dziennikarstwem obywatelskim aby tropić nieuczciwości - doszedłem nawet do stopnia reportera, ale cóż z tego jak nie mam jak tego rozwijać). A jestem osobą ambitną, co gorsza w tej sytuacji. Kopnąć w kalendarz?
Pozdrawiam, =)