- Uwaga, tekst zawiera śladowe ilości tzw. „spojlerownika”, więc jeżeli nie chcesz zostać zarażony chorobą zwaną „wiem o pewnych elementach fabuły, zanim obejrzałem film”, nie czytaj! Kiedyś zadawałem sobie pytanie, czym naprawdę jest historia Batmana. Czy to przygodowa opowieść rodem z seriali
lat 60., czy może historia dotkniętego śmiercią rodziców , zamaskowany bogacza z filmów Tima Burtona? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, szczególnie jeżeli dołożymy do tego Batmana z kart komiksu – detektywa, inteligentnego obrońcę uciśnionych i superbohatera, który potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. A może każdy z tych Batmanów jest prawdziwy? Może idealny Mroczny Rycerz powinien łączyć w sobie elementy wszystkich tych interpretacji? Jedna postać – wiele twarzy. Nie dziwi fakt, że ten bohater komiksowy często pojawiał się na ekranie – filmy Tima Burtona („Batman” i „Powrót Batmana”) są do dzisiaj uważane za jedne z najlepszych ekranizacji powieści graficznych. W 1989 roku reżyser poradził sobie zarówno z mrokiem, który powinien znaleźć się w opowieściach o Człowieku-Nietoperzu, jak i komiksowym przerysowaniem, czyli ukłonem w kierunku fanów papierowego Gotham City. Potem było już pod górkę - można powiedzieć, że Hollywood zabiło Batmana, kiedy pozwoliło, by następne części („Batman Forever” i „Batman i Robin”) cyklu reżyserował już ktoś inny. Pan Joel Schmacher okazał się mniej zdolnym twórcą niż jego poprzednik, więc dzisiaj fani woleliby zapomnieć, że Batman stał się pretekstem do pokazania absurdalnie nierealistycznych postaci oraz niespójnej fabuły, która zawstydziła nawet wiernie oddanych miłośników kina przygodowego. “You wanted me, here I am!” I o mały włos
w świadomości koneserów kina Batman pozostałby tym, od czego za wszelką cenę próbowali uciekać twórcy komiksowi – nierealistycznym obrazem-eksperymentem, który nie sprostałby oczekiwaniom współczesnej widowni. Jedynym wyjściem było zapomnienie o wcześniejszych potknięciach Schumachera, więc siłą rzeczy kolejny Batman nie mógł być kontynuacją tamtego żenującego widowiska, a nowa opowieść o mieście Gotham powinna zostać opowiedziana od podstaw. Z Nietoperza śmiać się nie wolno! Całe szczęście reżyser Christopher Nolan nie bał się sprzątnąć grubej warstwy kurzu, jaka zaległa na historii zamaskowanego mściciela, dlatego do kin trafił w 2005 roku „Batman: Początek”; obraz, który przeniósł tytułowego bohatera w rzeczywistość bardziej realistyczną i bliższą konwencji filmu sensacyjnego. „Batman: Początek” to zdecydowanie film dobry – świetnie wyreżyserowany, przyzwoity aktorsko (Christian Bale, Morgan Freeman, Michael Caine, Gary Oldman), w niektórych momentach kulejący fabularnie, ale – co najważniejsze – udowadniający, że w komiksie o Batmanie drzemie niewykorzystany potencjał. Celuloidowemu Batmanowi, całe szczęście, zdechnąć nie pozwolono. “I knew the mob wouldn’t go down without a fight, but this is different. They crossed the line.” „Mroczny Rycerz” jest bezpośrednią kontynuacją tego filmu. Kto uważnie oglądał „Batman: Początek”, ten wie, że na końcu padło tam bardzo ważne słowo, czyli „eskalacja”. I chyba o tym opowiada „Mroczny Rycerz” – przestępcy boją się wychodzić w nocy na ulicę, bo od kiedy pojawił się Batman, nie są już bezkarni, więc muszą teraz sięgnąć do bardziej wyszukanych i – powiedzmy – drastycznych metod prowadzenia swoich interesów oraz walki z policją. Batman niewątpliwie zapoczątkował w zmiany na lepsze, w dodatku pojawił się nowy, charyzmatyczny prokurator okręgowy, którego celem życiowym staje się wsadzenie za kratki całego przestępczego półświatka Gotham City (zwrot „porywać się z motyką na słońce” pasuje tutaj jak ulał). Okazuje się jednak, że nawet na idealistów jest sposób, a pozorny ład można zburzyć niczym domek z kart. Osobą, która podejmie się owego burzenia, staje się Joker – wariat, dla którego liczy się tylko chaos i anarchia. W dodatku gardzi pieniędzmi - trzeba mieć naprawdę nierówno pod sufitem, żeby być gangsterem (sic!) i nimi gardzić. “The only sensible way to live in this world is without rules!” Film ten różni się trochę od tego, do czego przyzwyczaiły nas ekranizacje historyjek obrazkowych. „Mroczny Rycerz”, co daje się zauważyć już po pierwszych scenach, garściami czerpie z thrillerów (vide „Siedem” Finchera) oraz kina sensacyjno-gangsterskiego (dajmy na to – „Gorączka” czy „Człowiek z blizną”). Fabuła jest wielowątkowa, akcja wydaje się pędzić na łeb na szyję, ale daleko jej do wykolejenia spowodowanego nadmiarem bohaterów. Wszystko zostało wprowadzone przez reżysera płynnie, chociaż momentami pojawia się pytanie „I co teraz? Co oni mogą jeszcze wsadzić do tego filmu? Kosmitów? Janosika?”. Pojawiają się fantastyczne gadżety, przy których nawet James Bond poczułby się ubogim krewnym Bruce’a Wayne’a, a efektowne pościgi przywołują na myśl kino akcji w stylu McTiernana. Mimo tego „The Dark Knight” jest – jeżeli miałbym już to podpiąć pod konkretne gatunki filmowe – thrillerem gangstersko-przygodowym, filmem nastawionym na postacie, ich ewolucję oraz wzajemne relacje. Mroczny, momentami wręcz ponury klimat niczym z dreszczowca został osiągnięty dzięki sugestywnej muzyce, która przywołuje na myśl soundtrack z gry „Silent Hill” Akiry Yamaoki, oraz spokojnej, koncentrującej się na brudnym mieście Gotham, pracy
kamery. Mamy tutaj Batmana, który prowadzi śledztwo, strzelaniny, potyczki „pięść kontra pięść” – jednak wszystko to w rozsądnych dawkach, bo jednak najważniejsi są bohaterowie… “Y’see, madness, as you know, is like gravity. All it takes is a little…push!” A naj, najważniejszy jest – jakżeby inaczej – Joker. Wielu fanów z rezerwą podchodziło do obsadzenia Heatha Ledgera w roli „Żartownisia”, jednak głosy sprzeciwu ucichły, kiedy pojawiły się pierwsze zwiastuny. Ten Joker jest psychopatą, człowiekiem bez wartości molarnych, inteligentnym „graczem”, który zna zasady panujące w zepsutym świecie. Nie jest to postać, która oszalała po tym, jak wpadła do kadzi z kwasem; Joker jest malującym swoją twarz
dziwakiem, którego uśmiech (czyli usta poszerzone nożem) maskuje całkowity brak ludzkich uczuć. Jednocześnie jest antagonistą, który dokładnie wie, jak cała ta historia się skończy. I właśnie inteligencja oraz zdolność badania ludzkiej psychiki to najciekawsze jego cechy. Podobnie jak w komiksie – nie wiadomo, jak narodził się Joker oraz skąd wzięły się blizny na jego twarzy, więc szczególnie miłośnicy komiksu “Killing Joke” Alana Moore’a powinni być usatysfakcjonowani. Tak zachwalana przez zachodnich krytyków scena ze „znikającym” ołówkiem to tylko początek popisu aktorskiego Ledgera, a każde pojawienie się szalonego klauna wywołuje u widza gęsią skórkę – jestem skłonny zaryzykować twierdzenie, że jest to porównywalne do tego, co przeżywałem, oglądając pierwszy raz scenę przesłuchania Hannibala Lectera w „Milczeniu owiec”. Ledger jest bombą energetyczną, a każdy jego gest jest adekwatny do sytuacji. Warto zaznaczyć, że uśmiechałem się z politowaniem, kiedy pierwszy raz usłyszałem o pomyśle pośmiertnej nominacji do Oskara dla tego aktora – teraz nie mam wątpliwości, że to jedna z najbardziej charakterystycznych kreacji w historii amerykańskiego kina. Christian Bale także świetnie sobie radzi w roli Batmana oraz Bruce’a Wayne’a, i chociaż niewiele się w tej kwestii zmieniło od czasów poprzedniego filmu, to jego interpretacja tej postaci dalej satysfakcjonuje fana wielkiego nietoperza. Bale’owski Wayne dalej jest bohaterem, który udaje – to Batman, idealista i człowiek poświęcający swoje życie w walce ze złem, jest prawdziwą twarzą miliardera. Aktor gra skądinąd postać, która też jest aktorem – Bruce musi grać zblazowanego playboy’a, którego nie interesuje, co dzieje się w jego rodzinnym mieście. Bale fizycznie pasuje do roli, potrafi świetnie zmieniać głos i akcent (chociaż ta „chrypka” u Batmana nie każdemu się podoba), co dodaje wiarygodności jego podwójnej tożsamości. Ale jednocześnie pozostaje uczucie, że za mało tego Batmana w tym filmie o Batmanie. Aaron Eckhart w roli Harvey Denta to castingowy strzał w dziesiątkę. Aktor dobrze zagrał Białego Rycerza miasta Gotham, jak i wiarygodnie przedstawił przemianę tej – chyba najbardziej dynamicznej oraz tragicznej w całym filmie – postaci. Jego Dent dzieli świat na dobro i zło (ów dualizm ma odzwierciedlenie w monecie, którą rzuca, kiedy ma problemy z wyborem pomiędzy dwiema możliwościami), próbując udowodnić, że miasto może mieć prawdziwego bohatera z – w przeciwieństwie do Batmana – twarzą. Jednocześnie jest zapatrzony w postać Człowieka-Nietoperza, w jego opinii – symbolizującego potrzeby obywateli. Nie rozumie, że aby być bohaterem w tym zepsutym mieście, należy porzucić swoje cierpienie i chęć zemsty. I zdecydowanie ten motyw jest najmocniejszym elementem fabuły, bo idealnie kontrastuje z postacią Batmana, która przecież też tak samo jak Dent (i jak się okazuje – Joker) została tragicznie dotknięta przez życie, ale jednak pozostała wierna swoim ideałom. Także drugi plan nie rozczarował: Michael Caine ponownie emanuje ciepłem i mądrością, Morgan Freeman jako Lucius Fox dostał więcej czasu ekranowego, co należy uznać za plus. Także i Gary’ego Oldmana jest więcej, chociaż momentami komisarz Jim Gordon wydaje się być za „miękki” jak na glinę w Gotham City, jednak jest on ważnym elementem tej opowieści. “I’m whatever Gotham needs me to be.” „Mroczny Rycerz” jest, co nikogo nie powinno dziwić po przeczytaniu mojej “ody”, filmem bardzo dobrym. Oczywiście nie jest to kino ma miarę „Lśnienia” Kubricka czy „Ojca chrzestnego” Coppoli, ale na tle produkcji rozrywkowych (szczególnie ostatnich profanacji „Szklanej pułapki” czy „Indiany Jonesa”) wypada wzorowo. Jest to przykład na to, że można ekranizować historię komiksową bez sztampowego przedstawienia bohaterów i infantylizacji pierwowzoru, bo „Mroczny Rycerz” to film epicki, który nie robi z widza idioty, próbując zadowolić go tanią psychologizacją i lukrowanym mrokiem. Nie, „Mroczny Rycerz” wybija się ponad kino superbohaterskie; to film wieloznaczny, bez typowego podziału „dobro – zło”, bez moralizatorskiego przedstawiana właściwych wyborów dokonywanych przez bohaterów… Pytania o genezę szaleństwa, wybór odpowiedniej postawy w obliczy zła i słuszność poświęcania swojego życia w realizowaniu wyższych idei zostają bez odpowiedzi. Bo „Mroczny Rycerz” to kino badające mroki ludzkiej duszy, w którym „przy okazji” znajdują się elementy komiksowe, co jest novum, bo w innych ekranizacjach historii obrazkowych to właśnie umowność świata wysuwa się na pierwszy plan. Po obejrzeniu „Batmana: Początek” z przyjemnością czekałem na kontynuację, a teraz przede mną niecierpliwe oczekiwanie na zamknięcie trylogii. Przeżyję, bo wierzę, że czeka nas nowa era ekranizacji komiksów. I oby Hollywood nie popełniło swojego błędu z przeszłości i nie pozwoliło Christopherowi Nolanowi – tak jak Timowi Burtonowi – na porzucenie pomysłu kręcenia filmów o Batmanie. Ocena: 10/10 jako ekranizacja komiksu i film rozrywkowy. Ocena: 9/10 jako… po prostu film.