Kiedyś uważałem, że homoseksualizm jest...
T
TimeToBreakFree2.9k pkt
823 wyświetlenia
chorobą. Temat nietolerancji jest zbyt nagłaśniany przez media, a homo niech swoje sprawy pozostawią w domu. w sumie co mnie interesuje co robi obca osoba, niech tylko nie wychodzi na ulicę w kolorowych ciuszkach, bo to nawet nie jest zabawne.
Chyba dalej tak uważam, chociaż dopadła mnie ta "choroba". Niedawno, bo tydzień temu, jak zawsze wybrałem się z przyjacielem na piwo. Jak zawsze rozmowy o wszystkim od dziewczyn po filozofię i inne sprawy. Tego dnia był wyjątkowo miły dla mnie, nawet kupił mi książkę. Gdy siedzieliśmy w parku przy moim akademiku, coś mnie "opętało", coś co do tej pory nie rozumiem. W pewnej chwili pocałowałem go w usta. On oczywiście gwałtownie zareagował, co mu się dziwić, tylko mój refleks uratował mnie przed dostaniem w mordę. Zrobiło mi się głupio, odszedłem od niego bez słowa. Kolejnego dnia chciałem go przeprosić (bo obawiałem się, że stracę przyjaźń), on jednak też wyskoczył przeprosinami za swoje zachowanie. To był trudny dzień, on stracił do mnie zaufanie, ja nie mogłem przy nim cokolwiek powiedzieć. Dzisiaj już było lepiej. Powiedział, że stara mnie zrozumieć, ale jednak nie życzy sobie ponownie takiej sytuacji. Ale przecież ja jestem chory, bo czuję coś więcej do niego niż przyjaźń. Czuję się potępiony, nie przez mojego przyjaciela, ale przez reszte. Przez kościół (mniejsza o to bo nie martwie się jego zdaniem) ale przez społeczeństwo. Ale co ja biedny mogę zrobić... Co w takiej sytuacji mam zrobić?
Chyba dalej tak uważam, chociaż dopadła mnie ta "choroba". Niedawno, bo tydzień temu, jak zawsze wybrałem się z przyjacielem na piwo. Jak zawsze rozmowy o wszystkim od dziewczyn po filozofię i inne sprawy. Tego dnia był wyjątkowo miły dla mnie, nawet kupił mi książkę. Gdy siedzieliśmy w parku przy moim akademiku, coś mnie "opętało", coś co do tej pory nie rozumiem. W pewnej chwili pocałowałem go w usta. On oczywiście gwałtownie zareagował, co mu się dziwić, tylko mój refleks uratował mnie przed dostaniem w mordę. Zrobiło mi się głupio, odszedłem od niego bez słowa. Kolejnego dnia chciałem go przeprosić (bo obawiałem się, że stracę przyjaźń), on jednak też wyskoczył przeprosinami za swoje zachowanie. To był trudny dzień, on stracił do mnie zaufanie, ja nie mogłem przy nim cokolwiek powiedzieć. Dzisiaj już było lepiej. Powiedział, że stara mnie zrozumieć, ale jednak nie życzy sobie ponownie takiej sytuacji. Ale przecież ja jestem chory, bo czuję coś więcej do niego niż przyjaźń. Czuję się potępiony, nie przez mojego przyjaciela, ale przez reszte. Przez kościół (mniejsza o to bo nie martwie się jego zdaniem) ale przez społeczeństwo. Ale co ja biedny mogę zrobić... Co w takiej sytuacji mam zrobić?