Prosiłabym o radę. :) Problemy sercowe zapewne...
O
Olalala1747 pkt
707 wyświetleń
są wam dobrze znane. Jestem osobą, która stara się pomóc innym ale sobie niestety nie potrafi. Uprzedzam, że to dość skomplikowane.
Nasz związek trwał prawie rok. Brakowało około miesiąca... Początek był piękny, jak prawie u każdego, w końcu zaczynaliśmy się poznawać. Doskonale wiedziałam jaki mam charakter. Ciężki, bardzo ciężki i zrobiłam coś czego cholernie żałowałam już na samym początku. Wybaczył mi. Po jakimś czasie zaczęliśmy się sprzeczać. Sprzeczki te przeobrażały się w ostre kłótnie, które wywoływały u mnie łzy. Mimo to, było pięknie. Kochaliśmy się wzajemnie, oboje to czuliśmy... Nie było problemu jeśli chodzi o uczucia. Do czasu. W pewnym momencie nasze kłótnie zaczęły włączać wsteczny. Zaczęliśmy wypominać sobie wcześniejsze błędy, oskarżaliśmy się o coś co na prawdę nigdy nie miało miejsca... To było okropne. Udało nam się wybrnąć. Na jakiś czas. Jestem histeryczką... I niestety ale moje odruchy są bezwarunkowe. Nie potrafię już nad nimi panować. Rzucam się, ryczę, wyżywam na sobie lub innych. Rzucam wszystkim co wpadnie w moje ręce. Nienawidzę tego w sobie... I czułam, że jego również zaczyna to już męczyć. Moja psychika została zniszczona... Sama ją sobie zniszczyłam. Jednak wiedziałam jedno, że Go Kocham. Mimo wszystko. Kocham Go nadal, z całego swojego serca. Kiedy tylko zaczynam wspominać w oczach pojawiają się łzy a na twarzy pusty uśmiech. Do sedna. Najgorsze były chyba ostatnie dwa? Może nawet trzy miesiące. Czułam, że się oddalamy od siebie. Robiłam się zazdrosna, cholernie zazdrosna. Bardzo mu się to nie podobało, ale dla mnie jego słowa znaczyły więcej niż dla niego samego. Rzekomo oczywiście. Poznał dziewczynę, z którą się baaaardzo szybko zaprzyjaźnił. Nie zabraniałam mu przyjaźni, bolało mnie tylko, że pisał jej słowa, które dla mnie znaczyły tak wiele. Chyba każdy się domyśla...Mówił mi, że to tylko jak siostrę i że ona o Tym wie. Mimo to dla mnie to i tak było za wiele. Nadchodziły walentynki. Chciałam w ten dzień wszystko odbudować. Na prawdę chciałam. Jednak gdy dowiedziałam się, że idzie z nią na pizze w owy dzień wszystko tak jakoś się rozsypało. "To tylko przyjacielskie walentynki" Dla mnie jednak to słowo " Tylko " miało zupełnie inne znaczenie. Czułam, że zaczyna czuć do niej coś więcej... Wydawało mi się, że nie chciał mi powiedzieć aby nie ranić moich uczuć. Wiedział jak go kocham. W końcu poprosił o przerwę, było to dla mnie jak przebicie nożem serca. Przebolałam, rana się zagoiła ale powiedział, że mimo iż mnie Kocha, nie potrafi ze mną być. Zaakceptowałam to. Tak mi się wydawało... Jednak nie. Ta cholerna nadzieja... Cały czas we mnie tkwi. Skoro do niej nie czuje nic więcej, a mnie kocha? Przyjechał. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie zdecydowałam, że nie chcę się narzucać. Na prawdę nie chciałam. Powiedziałam, że wydaje mi się iż oni będą ze sobą... Dla mnie wszystko na to wskazywało + cały czas miałam to uczucie, że nie mówi mi do końca prawdy. Chciałam być dobrą przyjaciółką i mu pomóc. Pragnę Jego szczęścia. Niestety on nie chce pomocy. Bardzo się wkurzył na mnie i powiedział, że miało to inaczej wyglądać. Chciał dać mi szansę a ja to po raz kolejny zniszczyłam. Ponownie popłynęły gorzkie łzy. Nigdy sobie tego nie wybaczę... Kocham Go. Zawsze będę Go Kochać. ALE nadal czuję, że on do niej kieruje swe uczucia. Nie rozumiem dlaczego...
Za każdym razem jak się pytam on zaprzecza... Chciałabym mu uwierzyć... Dlaczego nie potrafię? Wierzę mu, że nadal mnie Kocha ale nie potrafię uwierzyć w to, że ona nie znaczy dla niego nic więcej niż przyjaciółka/siostra.
Proszę was o wykazanie własnego zdania. Czy moje podejrzenia według was są słuszne? Jeśli nie, przetłumaczcie mi to do cholery. ;x Z góry dziękuje.
Nasz związek trwał prawie rok. Brakowało około miesiąca... Początek był piękny, jak prawie u każdego, w końcu zaczynaliśmy się poznawać. Doskonale wiedziałam jaki mam charakter. Ciężki, bardzo ciężki i zrobiłam coś czego cholernie żałowałam już na samym początku. Wybaczył mi. Po jakimś czasie zaczęliśmy się sprzeczać. Sprzeczki te przeobrażały się w ostre kłótnie, które wywoływały u mnie łzy. Mimo to, było pięknie. Kochaliśmy się wzajemnie, oboje to czuliśmy... Nie było problemu jeśli chodzi o uczucia. Do czasu. W pewnym momencie nasze kłótnie zaczęły włączać wsteczny. Zaczęliśmy wypominać sobie wcześniejsze błędy, oskarżaliśmy się o coś co na prawdę nigdy nie miało miejsca... To było okropne. Udało nam się wybrnąć. Na jakiś czas. Jestem histeryczką... I niestety ale moje odruchy są bezwarunkowe. Nie potrafię już nad nimi panować. Rzucam się, ryczę, wyżywam na sobie lub innych. Rzucam wszystkim co wpadnie w moje ręce. Nienawidzę tego w sobie... I czułam, że jego również zaczyna to już męczyć. Moja psychika została zniszczona... Sama ją sobie zniszczyłam. Jednak wiedziałam jedno, że Go Kocham. Mimo wszystko. Kocham Go nadal, z całego swojego serca. Kiedy tylko zaczynam wspominać w oczach pojawiają się łzy a na twarzy pusty uśmiech. Do sedna. Najgorsze były chyba ostatnie dwa? Może nawet trzy miesiące. Czułam, że się oddalamy od siebie. Robiłam się zazdrosna, cholernie zazdrosna. Bardzo mu się to nie podobało, ale dla mnie jego słowa znaczyły więcej niż dla niego samego. Rzekomo oczywiście. Poznał dziewczynę, z którą się baaaardzo szybko zaprzyjaźnił. Nie zabraniałam mu przyjaźni, bolało mnie tylko, że pisał jej słowa, które dla mnie znaczyły tak wiele. Chyba każdy się domyśla...Mówił mi, że to tylko jak siostrę i że ona o Tym wie. Mimo to dla mnie to i tak było za wiele. Nadchodziły walentynki. Chciałam w ten dzień wszystko odbudować. Na prawdę chciałam. Jednak gdy dowiedziałam się, że idzie z nią na pizze w owy dzień wszystko tak jakoś się rozsypało. "To tylko przyjacielskie walentynki" Dla mnie jednak to słowo " Tylko " miało zupełnie inne znaczenie. Czułam, że zaczyna czuć do niej coś więcej... Wydawało mi się, że nie chciał mi powiedzieć aby nie ranić moich uczuć. Wiedział jak go kocham. W końcu poprosił o przerwę, było to dla mnie jak przebicie nożem serca. Przebolałam, rana się zagoiła ale powiedział, że mimo iż mnie Kocha, nie potrafi ze mną być. Zaakceptowałam to. Tak mi się wydawało... Jednak nie. Ta cholerna nadzieja... Cały czas we mnie tkwi. Skoro do niej nie czuje nic więcej, a mnie kocha? Przyjechał. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie zdecydowałam, że nie chcę się narzucać. Na prawdę nie chciałam. Powiedziałam, że wydaje mi się iż oni będą ze sobą... Dla mnie wszystko na to wskazywało + cały czas miałam to uczucie, że nie mówi mi do końca prawdy. Chciałam być dobrą przyjaciółką i mu pomóc. Pragnę Jego szczęścia. Niestety on nie chce pomocy. Bardzo się wkurzył na mnie i powiedział, że miało to inaczej wyglądać. Chciał dać mi szansę a ja to po raz kolejny zniszczyłam. Ponownie popłynęły gorzkie łzy. Nigdy sobie tego nie wybaczę... Kocham Go. Zawsze będę Go Kochać. ALE nadal czuję, że on do niej kieruje swe uczucia. Nie rozumiem dlaczego...
Za każdym razem jak się pytam on zaprzecza... Chciałabym mu uwierzyć... Dlaczego nie potrafię? Wierzę mu, że nadal mnie Kocha ale nie potrafię uwierzyć w to, że ona nie znaczy dla niego nic więcej niż przyjaciółka/siostra.
Proszę was o wykazanie własnego zdania. Czy moje podejrzenia według was są słuszne? Jeśli nie, przetłumaczcie mi to do cholery. ;x Z góry dziękuje.